Wyboru dokonał UJ !

Przed Wielkim Jubileuszem

Niektórzy się dziwią, że UJ mnie nie przyjmuje w czasach dobrej zmiany.

Ta na UJ nie nastąpiła.

Był wybór – albo kupa Wojewódzkiego, albo zasady Wieczorka, ale te nadal stanowią zagrożenie dla uniwersytetu posadowionego w PRL/III RP na fundamencie wojewódzkiej kupy.

I wybrano.

Kupa wojewódzka miarą poziomu Uniwersytetu Jagiellońskiego

– Nie mam kwalifikacji na etat szambowego

Reklamy

Dowody uznania

d

1

1a

p

W kręgu niby–profesorów i prawdziwych kapusiów

Herbert Kopiec

W kręgu nibyprofesorów i prawdziwych kapusiów.

Jeśli grupa specjalistów zachowuje się jak motłoch, wyrzekając się swych normalnych wartości, nauka jest już nie do uratowania”    ( T. S. Kuhn)

Zanosi się na kompleksowe rozliczenie się środowiska akademickiego z PRL-u. Projekt Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego zawiera najbardziej radykalne rozwiązania dezubekizacyjne ze wszystkich ustaw, które się do tej pory przez 28 lat pojawiły.

Naukowcy z przeszłością, którzy pracowali w organach bezpieczeństwa PRL lub z nimi współpracowali, nie będą mogli być np. rektorami, dziekanami czy kierownikami katedr. Ponoć mało kto oprócz kapusiów jest temu przeciwny. Starsi dobrze wiedzą, ile w tym wszystkim było draństwa. W czasach słusznie minionych nieboszczka PZPR, która rządziła Polską, potrzebowała elit, ale takich, które będą ją uwiarygadniać w oczach społeczeństwa.

Do tego celu tworzono grupę protegowanych przez system, w skład której wchodzili m.in. naukowcy, a więc reprezentanci tych środowisk, które faktycznie powinny być elitą narodu. Z grubsza biorąc taki jest rodowód (tytułowych dla dzisiejszego felietonu) niby- profesorów i akademickich kapusiów. Jedni zapewne zdawali sobie sprawę, komu służą i cynicznie wykorzystywali wysoką pozycję dla własnych korzyści, inni czuli zażenowanie, jeszcze inni dali się podejść jak dzieci, choć infantylizm nie powinien być usprawiedliwieniem.

Niemożliwe przecież , żeby prawdziwe elity nie dostrzegały całej nędzy intelektualno–moralnej komunistycznej/zbrodniczej ideologii, na gruncie której władza ludowa zapewniała, że wie, jak zbudować raj na ziemi.

Nie jestem w stanie określić, czym kierował się mój młodszy kolega z pracy na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UŚ (w świetle dokumentów tajny współpracownik o pseudonimie Denis, (nr rejestracyjny 36876), który donosił na mnie, podejrzanego o wrogą działalność polityczną. organom bezpieczeństwa państwa .Wygląda na to, że jeśli ustawa przejdzie, to na uczelni Denis miałby kłopoty. Nie mógłby np. zostać profesorem.

Dezubekizacja na Śląsku narobiła ostatnio sporo zamętu bo do blisko związanego z władzą literata Wilhelma Szewczyka (zm.1991) dobiera się IPN. Jego nazwisko ma zniknąć z przestrzeni publicznej. Ale ponad 40. literaturoznawców z U Ś stanęło w jego obronie.Tymczasem każdej zdrowej wspólnocie potrzebne są autentyczne elity, które wyróżnia umiłowanie prawdy, patriotyzm, dobra wspólnego, połączone z najwyższymi standardami etycznymi.

Potrzebni są uczeni o niekwestionowanym autorytecie intelektualnym i moralnym. W cywilizacji łacińskiej głównym miejscem kreowania wartości opartych na prawie naturalnym i antropologii chrześcijańskiej jest uniwersytet. Czy we współczesnym uniwersytecie, lewicowo, liberalnie i postmodernistycznie zorientowanym jeszcze coś z tych wartości zostało? .

Byłem świadkiem, a nie umiałem dać świadectwa – napisał poeta.

Pełna dramatyzmu i niespełnienia przestroga zawarta w tych słowach przesądziła o nasyceniu tego felietonu wątkami osobistymi. Wszak byłem świadkiem i chcę dać świadectwo. Wiem, że to nie tylko moja powinność, ale intelektualny i moralny obowiązek, gdyż to, co niezapisane, jakby nie istniało.

Będę sięgał do tego, co już kiedyś (w 2014 r) napisałem do Sądu Rejonowego w Gliwicach w piśmie procesowym przeciwko Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości o przywrócenie do pracy. Polemizuję w nim ze świadkami pozwanej uczelni (dwaj profesorowie wywodzący się z lewackiej, postmodernistycznej formacji ideologicznej), którzy w ramach tzw. okresowej oceny nauczyciela akademickiego wystawili mi ocenę negatywną. Potem było już z górki.

Straciłem pracę. Trudno nie upatrywać w tym związku z działalnością wzmiankowanego wyżej kapusia Denisa. Nie spodobałem się lewoskrętnym profesorom, postępowym EDUKATOROM jako konserwatywny nauczyciel akademicki, teoretyk wychowania i już! Zakwestionowali i zdyskwalifikowali moje kompetencje (i to się akurat spodobało rektorowi uczelni z ubeckim uwikłaniem, jak się później okazało), mimo że miałem mocną, niekwestionowaną pozycję zawodową, poświadczoną przez kilku najwybitniejszych polskich pedagogów.

Dziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego (prof.H.M.) swego czasu napisał: dr Herbert Kopiec jest pracownikiem bardzo cenionym i znanym w szerszych kręgach teoretyków wychowania w PolsceW kontekście rozważanej dezubekizacji środowiska akademickiego warto sprawie przyjrzeć się bliżej, aby zrozumieć, że jest ona niezbędna. Okaże się bowiem, że ludzkie miernoty (a takie obecne są przecież w każdej populacji) sztucznie wykreowane na profesorów, rektorów, tzw. intelektualistów transformatywnych, dziwnie niekiedy w swym zapale przypominających niegdysiejszych budowniczych cywilizacji socjalistycznej, są w stanie wyrządzić więcej zła, niż nam się to na ogół wydaje.

Etos zawodowy profesora

Wedle słownika Bobrowskiego (Wilno 1844) słowo profesor pochodzi od czasownika profiteor, professus sum profiteri, który oznacza tyle, co jawnie wyznawać, otwarcie twierdzić, publicznie zeznać. Właśnie z tego powodu znaczenia nabiera dokładne i wszechstronne badanie przeszłości, drogi życiowej konkretnego profesora, zwanego czasem edukatorem, czyli śledzenie tego, co profesor jawnie wyznaje, otwarcie twierdzi i publicznie zeznaje. Zauważmy zatem, że profesor musi być człowiekiem niezależnym in­telektualnie oraz materialnie. Taki status profesora został wypracowany przez wieki. Wszak społeczeństwo musi mieć dostęp do prawdy, głoszonej niezależnie od rządzących partii i związanych z tym racji politycznych. W 1946 r. profesor Stanisław Pigoń (UJ) odważnie i ostro zauważył, że nie ma wolności nauki bez wolności uczonego, a wolność uczonego polega również na wolności od szczucia. Tymczasem pracownicy nauki i instytucje naukowe bywają dziś przedmiotem szczucia różnych nieodpowiedzialnych czynników. Czy to spostrzeżenie straciło na aktualności? W żadnym wypadku.

Opowiem dziś o mniej znanym, można powiedzieć profesjonalnym zaszczuwaniu m.in. pracowników naukowych, które było/jest prowadzone z wykorzystaniem wyrafinowanych technik i metodologii psychologii naukowej. Chodzi o metodę niszczenia zazwyczaj wybitnych ludzi funkcjonującą pod zgrabną, trzeba to przyznać, nazwą:

Systematyczna organizacja niepowodzenia zawodowego

Otóż w Poczdamie, w NRD istniała Wyższa Szkoła Prawnicza.Podlegała Ministerstwu Bezpieczeństwa Państwowego i uczyła oficerów Stasi psychologii operacyjnej. W ramach tego kierunku funkcjonowaładestrukcja operacyjna, której celem było rozbicie, paraliż, dezorganizacja i izolacja wrogo-negatywnych sił. W materiałach naukowych szkoły znajdowały się precyzyjne opisy, w jaki sposób neutralizować niepokornych twórców, przedstawicieli świata kultury i nauki.

Jedną z ulubionych i powszechnie stosowanych metod Stasi była metoda oficjalnie nazwana systematyczną organizacją niepowodzenia zawodowego (Fronda nr 52 2009).

Jeśli jakiś pracownik naukowy w swojej aktywności zawodowej nie spodobał się władzy (był nieposłuszny w myśleniu, nazbyt samodzielny i nieskory do skundlenia, lizusostwa, napisał tekst, wygłosił wykład, itp, używając współczesnej terminologii – politycznie niepoprawny) następował zmasowany zorganizowany atak.

Na wrogiej sile w ramach przygotowanej nagonki nie pozostawiano suchej nitki. Jej celem było przekonać otoczenie, że taka osoba kieruje się w życiu niskimi pobudkami, a więc przyzwoity człowiek nie powinien mieć z nią nic wspólnego.

Chodziło o zdyskredytowanie i wyizolowanie upatrzonej ofiary w jej środowisku.

Z moich osobistych doświadczeń wynika, że metoda systematycznej organizacji niepowodzenia zawodowego znana była również w Polsce.

Choć zabrzmi to nieskromnie, byłem prawie od trzydziestu lat nękany i zaszczuwany w każdej uczelni, w której byłem zatrudniony (chlubny wyjątek stanowiła Wyższa Szkoła Filozoficzno-Pedagogiczna Ignatianum w Krakowie, oddział w Sosnowcu).

Z imponującą zręcznością natomiast posługiwał się wzmiankowaną metodą mój chlebodawca – rektor Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości, dr inż. Tadeusz Grabowiecki TW Jan, działacz opozycji w PRL, który został uznany przez sąd za tajnego współpracownika komunistycznych służb bezpieczeństwa i kłamcę lustracyjnego (Nowiny Gliwickie,4.10.2017).

Istotną nowością w arsenale zastosowanych wobec mnie gier operacyjnych na terenie GWSP było wprowadzenie w nie pracowników nie będących nauczycielami akademickimi, m.in. uczelnianej szatniarki (zob. Oświadczenie studentki).

pismo

Rzecznik dyscyplinarny ds nauczycieli akademickich GWSP
2011 -06-22 Dr hab.Małgorzata Nitka

„Oświadczenie

W związku z nagonką na Dr. Kopca ,chciałabym  się odnieść do oświadczenia napisanego w dniu 29.05.2011 przez koleżanki będące uczestnikami zdarzenia w szatni,
które ukazywało wrogi stosunek do naszego wykładowcy.
Zdarzenie, o którym chcę wspomnieć miało miejsce również w szatni jest bezpośrednio związane z tą samą panią szatniarką Zofią —-  
Szatniarka będąc świadkiem konwersacji  między mną , a koleżanką i słysząc o
mających się rozpocząć zajęciach z Dr.Kopcem, wtrąciła  złośliwy  komentarz, cyt: „To współczuję”
Pisząc powyższe oświadczenie chciałam udowodnić, że Pani Zofia — wrogo nastawia
studentów  do Doktora Kopca”

Najwyraźniej uznano, że istnieje konieczność podjęcia wobec mnie wspomagających działań dezintegracyjnych, licząc na moje ewentualne nerwowe załamanieOsobliwością tego nowego elementu gry operacyjnej była próba wykreowania mnie na niezrównoważonego, agresywnego chuligana, grasującego po uczelni i obrażającego Bogu ducha winnych  ludzi.

Felieton daje zbyt mało miejsca dla prezentacji wątku mojej rzekomej agresywności. Zmusza do selekcji., przytoczmy więc jako symptomatyczne następujące stwierdzenia profesora K.R., notabene tego samego, który wyznał mi ongiś, że profesor z doktorem na uczelni może zrobić wszystko.

Nie żartowałW GWSP wyodrębniono pokój profesorski, do którego doktor nie miał wstępu. Zwykłe wejście do tego pokoju (będzie o tym za chwilę) uznane zostało przez profesora K.R. jako brutalne najście, wtargnięcie. Powód (czyli Herbert Kopiec – przypomnienie moje) swoim zachowaniem w miejscu pracy czyni strach przed innymi nauczycielami. W zupełności mógłby zostać oskarżony (…)o uporczywe nękanie (…)Mnie obraził w holu uczelni (…) przy studentach, krzycząc: „pan jest tchórzem”. Potem biegł przede mną i zastawiał mi drogę (…).Innym razem wtargnął do pokoju profesorskiego (…) i tam publicznie nazwał mnie “fafikiem” i “cynglem”. Po ponownym wtargnięciu do pokoju profesorskiego za godzinę zapytałem czy “fafik” znaczy pies, a powód nie zareagował” – zeznawał w Sądzie Pracy (zob. protokół z dnia 25.10.2013.) profesor K.R.

Choć upłynęło już parę lat od mojego rzekomego bezeceństwa (K.R. nazywał je niekiedy czynną napaścią słowną podważającą jego autorytet), wciąż nie bardzo wiem, jak zareagować ?

Przytoczmy jeszcze inny przykład pogardy, zdziczenia ujętego w słowa profesora wobec doktora i jego studentów. Oto pani profesor (incydent w tym przypadku miał miejsce na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UŚ) uznała, że ma zbyt mało grup seminaryjnych i podjęła w związku z tym stosowną decyzję, o której zainteresowane strony (tj. doktor i jego studenci) dowiedziały się z karteczki naklejonej na drzwiach seminaryjnej sali: Uwaga! Dawna grupa proseminaryjna dra (tu nazwisko) Obejmuję tę grupę jako moje seminarium. Zajęcia odbywać się będą we wtorki od 14-17. Poniżej podpis, który miłosiernie pominiemy.

No cóż, gdy mamy do czynienia z pomiataniem ludźmi, traktowaniem uniwersytetu jako źródła łupów, które należą się silniejszemu, to warto pamiętać, że słowa w pewnych warunkach są formą przemocy, dla której siła fizyczna jest tylko uzupełnieniem.

Dzisiaj już wiemy, że wśród liderów akcji antylustracyjnej w 2007 r. byli dawni tajni współpracownicy służb PRL, by ich własna przeszłość nie została odkryta. Publikacje na temat powiązań wyższych uczelni ze służbą bezpieczeństwa, które ukazały się swego czasu w Niemczech, dowodzą, że nie można pisać ani historii poszczególnych placówek edukacyjnych, ani biografii uczonych, nie sięgając do akt bezpieki (E. Matkowska, System. Obywatel NRD pod nadzorem tajnych służb,Gazeta Polska ,2004).

Bywa więc, że członkowie społeczności uczonych, ukrywając niechlubne fragmenty swoich życiorysów, bezczelnie wyznaczają standardy tego, co społecznie określa się jako stosowne lub niestosowne. W efekcie mamy do czynienia z sytuacjami, które miały miejsce w niektórych uczelniach. Gdy w Uniwersytecie Toruńskim ujawnieni zostali kolejni współpracownicy SB wśród profesorów astronomii, doktoranci i studenci wystosowali w ich obronie pismo, które i logicznie, i rzeczowo było absurdalne. Bronią swoich profesorów i otwarcie oznajmiają, że ich współpraca z SB nie ma dla nich najmniejszego znaczenia (Odwrót moralności, Gazeta Polska 2009.).

Kto wychował tych ludzi? Kto ukształtował ich stosunek do lustracji i standardy myślenia? Ano ci, którzy przez niemal 20 lat nie mieli odwagi powiedzieć prawdy o sobie. Słowem: Jeśli agenci służb PRL, czyli ludzie, którzy pomagali zwalczać dążenia do demokracji w Polsce i wspomagali sowiecką kontrolę nad Polską, dzisiaj wpływają na myślenie społeczeństwa o tym, jak mamy myśleć o lustracji, to tak, jakby kodeks karny pisali przestępcy (Nasza Polska 27. 01. 2009.)

Te zasmucające zachowania dowodzą, do jakiego stopnia system komunistyczny zniewolił ludzi, od których dziś, po jego oficjalnym upadku, oczekuje się racjonalnego spojrzenia na rzeczywistość.

Tymczasem w 2007 r 390 naukowców poparło uchwałę Rady Naukowej Instytutu Badań Literackich PAN o wstrzymanie akcji lustracyjnej w obecnym kształcie . Byli pośród nich : prof. dr hab. Tadeusz Sławek,(rektor UŚ w latach 1996-2002) oraz jego rzecznik prasowy.

Warto wiedzieć, że współpraca ze służbami specjalnymi nie była bezinteresowna, lecz w sposób merytorycznie nieuzasadniony dawała przewagę agentowi w określeniu jego pozycji zawodowej, a równocześnie otwierała pole do szkodzenia innym, co koniec końców generowało rożne rodzaje patologii. W odbiorze społecznym rachunek za tego typu zachowania wystawiany jest całemu środowisku akademickiemu. Także nie tylko zdolnym, utalentowanym i pracowitym, ale przede wszystkim dzielnym i uczciwym.

Najgorsze, gdy agent – profesor uwierzył, że pozycja zawodowa jest efektem jego geniuszu, a nie tajnego układu, który pomógł mu zostać członkiem jakiegoś ważnego gremium naukowego, komisji naukowej lub rządowej. Bywa, a wskazują na to obserwacje, że osoby zdekonspirowane liczą na solidarność podobnych im agentów, którzy w odpowiednich jednostkach administracyjnych mogą mieć głos decydujący.

Słowem: im większe będą luki w naszej wiedzy o przeszłości, tym bardziej niepewna będzie podstawa naszych decyzji. Bez znajomości historii młodzież, nie będzie miała pojęcia, czym były totalitaryzmy, co robiły z ludźmi i jak przebiegała deprecjacja stopni i tytułów naukowych. Ofiarą zarysowanych tendencji jest przede wszystkim młodzież, która tracąc szacunek do kadry profesorskiej, przestanie poważnie traktować naukę jako drogę rozwoju osobowego. Te zasmucające zachowania dowodzą, do jakiego stopnia system komunistyczny zniewolił ludzi, od których dziś, po jego oficjalnym upadku, oczekuje się racjonalnego spojrzenia na rzeczywistość

Póki co mamy w Polsce profesorów z komunistycznego zaprzęgu, którzy nadal chodzą w glorii chwały, a konsekwencje ponoszą tylko ci, którzy mieli odwagę domagać się prawdy i sprawiedliwości. Mamy więc profesorów, którzy nie zauważyli, iż byli elementem systemu represji i że pośrednio uzasadniali ideologiczne zbrodnie, że świat, w którym uczestniczyli i odgrywali niepoślednią rolę, to nie był świat czystej nauki (Rzeczpospolita”, 21.01..2004).

Uczelnie, na których zamarło życie duchowe, w których prawda nie formuje ani profesorów, ani studentów, nie są tym, czym są ze swej istoty, tzn. do czego zostały powołane.

Czy systematyczne organizowanie niepowodzenia zawodowego uchodzi profesorom na sucho?

Do postawienia powyższego pytania skłoniły mnie zachowania profesorów – świadków pozwanej przeze mnie uczelni w trakcie składania zeznań. Zwróciło moją uwagę, że zarówno profesor I.K. (na zlecenie rektora (TW Jan hospitował mój wykład i wlepił mi dwóję), jak i profesor K.R. w trakcie swoich zeznań, które składali – jak to w Sądzie – w pozycji na stojąco, przeszli po jakimś czasie do pozycji siedzącej. Dlaczego?

Zdecydowałem się z moimi Czytelnikami podzielić tu paroma ostrożnymi hipotezami, tym bardziej, że sformułowałem je w piśmie do Sądu Rejonowego w Gliwicach po zakończeniu postępowania sądowego, a przed ogłoszeniem wyroku przywracającego mnie do pracy:

Wysoki Sądzie I Zdarzało się, że w czasie rozprawy świadkowie informowali Wysoki Sąd, że poczuli się słabo. Można było odnieść wrażenie, że po uświadomieniu sobie skrajnego bezsensu swoich zeznań doznawali chwilowego stanu zagubienia, czegoś w rodzaju fizycznie obezwładniającego ich samozatrucia absurdalnymi treściami przekazywanymi w zeznaniach Wysokiemu Sądowi.

Myślę, że trzeba większej świadomości, iż dopóki środowiska akademickie nie będą miały dość siły, aby uwolnić się od skompromitowanych profesorów o mentalności, którą scharakteryzujemy, przytaczając autentyczną cyniczną dewizę jednego z nich, że jak chce się kozę wydoić – to trzeba się schylić i głupotę innego, który chełpił się nominacją na doradcę KW PZPR, opatrując to uwagą, że nie jest dopuszczany do wszystkich wskażników ekonomicznych i innych danych, co nie przeszkadzało mu jednak doradzać.

Cyniczni, pochyleni, kucający i głupawi niby-profesorowie – no cóż – wciąż uczestniczą w kreowaniu rzeczywistości uniwersyteckiej, w której nic prawdziwie nie trwa i nic prawdziwie się nie zmienia. Pozostaje byle jakie.

Jakoż wszelkie talmudyczne tłumaczenia o respektowaniu przez nich pluralizmu, wolności i demokracji itp nie zmienią prostego faktu, że owi edukatorzy stoją po stronie liberalnego/postmodernistycznego i antykatolickiego barbarzyństwa.

Takim edukatorom, nawiązując do modnej dziś ekologii, trzeba zaglądać do pieca, aby wiedzieć, jakimi świństwami palą i czym nas trują. I monitorować cały czas stężenie trucizn w kulturowej atmosferze. Konieczna jest też większa świadomość, że katolickie zasoby mądrości, filozofii, etyki, tradycji nie straciły bynajmniej swojej mocy – są jak czyste powietrze dla duszy i umysłu (ks.T.Jaklewicz, Cnota czy liberalizm?, 2018).

Tekst opublikowany w Kurierze WNET -Kurier Śląski, marzec 2018 r.

List otwarty wyklętego [30 lat poza murami uczelni]

List

Kraków, 1 marca 2016 r.

Józef Wieczorek

Kraków, ul. Smoluchowskiego 4/1

Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

prof. dr hab. med. Wojciech Nowak

Kraków, ul. Gołębia 22

List otwarty wyklętego

[30 lat poza murami uczelni]

Na podstawie art. 51 Konstytucji 3 RP domagam się po raz kolejny dostępu do materiałów UJ wytworzonych na mój temat przez organa kolegialne i komisje Uniwersytetu Jagiellońskiego podczas mojego zatrudnienia w UJ (akta osobowe, Senatu, Rady Wydziału BiNoZ, Instytutu Nauk Geologicznych UJ, akta POP PZPR….) a także po ustaniu zatrudnienia.

W szczególności domagam się dostępu do akt politycznej weryfikacji kadr UJ z roku 1986 r. i merytorycznego uzasadnienia postawionych mi sfingowanych zarzutów i negatywnej oceny mojej osoby oraz podania składu osobowego komisji wersyfikacyjnych, do dnia dzisiejszego mi nie znanego.

Okazuje się, że jakaś anonimowa klika/zorganizowana grupa przestępcza [?] funkcjonująca pod batutą PZPR/SB, może człowieka skazać na dożywotnie usunięcie z uczelni i jest znakomicie chroniona/utajniona przez lata, a nawet wieki.

W czasie usuwanie mnie z UJ moja teczka personalna kończyła się na wiośnie 1980 r ! a moje grube teczki akademickie były przekazywane 22.10.1987 mgr. Michałowi Ługanowskiemu Naczelnikowi Departamentu Badań i Studiów Uniwersyteckich i Ekonomicznych. Czy do dnia dzisiejszego UJ jest na uwięzi tego magistra/jego sukcesorów ?

Niestety władze UJ nie zdołały do tej pory zrealizować mojego roszczenia informacyjnego z dnia 18.03. 2008 r., a odpowiedź może budzić podejrzenia o niezgodne z prawem zniszczenie niewygodnych akt, lub ich prywatyzację.

 

 

sprawa roszczenia

 

Odpowiedź UJ

W ramach procesu dekomunizacji winna być otwarta nie tylko szafa Kiszczaka (i innych funkcjonariuszy zbrodniczego systemu zła) ale także szafy/szuflady akademickie, w których zło jest ukrywane.

Moja przetrzebiona teczka personalna na UJ była uzupełniana jeszcze w latach 90-tych (na potrzeby ‚nadwornych’ historyków ?) a materiały wytworzone jeszcze w 2004 r. na mój temat przez Senat UJ, były przekazywane rektorowi UW ( nie mnie !) w okresie jego brutalnego ataku na łamach Gazety Wyborczej

[https://blogjw.wordpress.com/tag/jaselka-akademickie/].

Domagam się dostępu do wyników badań Komisji Senackiej dla rozpoznania działań represyjnych o charakterze politycznym w UJ w okresie PRL (tekst na podstawie tych badań został opublikowany: Jerzy Wyrozumski –POWRACAJĄCA FALA ROZRACHUNKU Z PRZESZŁOŚCIĄ , Alma Mater, Nr 69/2005).

Chodzi o oryginał wyników prac komisji, do którego mimo starań nie miałem dostępu, podobnie jak i badacze IPN nie zdołali ustalić miejsca ich przechowywania [Niezależne Zrzeszenie Studentów w Krakowie w latach 1980-1990. Tom. 1 Arcana 2014, s. 87]

Tym kompromitującym „badaniom”, tak za względu na wyniki, jak i metodologię badań, poświęciłem m. in. tekst POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORIIhttps://wobjw.wordpress.com/2010/01/01/powracajaca-fala-zaklamywania-historii/

Podkreślę jedynie, że przyjęta przez tą Komisję metodologia badań nad represjonowanymi (badania wśród beneficjentów systemu, z wykluczaniem pokrzywdzonych) można by np. porównać z metodologią badań nad skutkami grypy, przeprowadzanych wśród tych, którzy na grypę nie chorowali.

Jest oczywiste, że te wyniki winny być powszechnie dostępne, a autorzy tych badań winni się znaleźć nie na piedestałach, tylko poza systemem akademickim.

Wszystko wskazuje na to, że tylko ja podjąłem krytyczną analizę tych ‚badań’ ( to co zostało zamieszczone w Alma Mater) a etatowi badacze, w tym historycy, milczą na ten temat !

Czy to milczenie jest warunkiem etatowego zatrudnienia na UJ ?

Te materiały winny się znaleźć w Archiwum UJ, a gdzie one są ?

Czy zostały sprywatyzowane ? za zgodą władz UJ ?

Mając na uwadze, że w czasach PRLu mieliśmy do czynienia z negatywną selekcją kadr (tak pod względem intelektualnym, jak i moralnym – tym nawet bardziej) oczyszczoną ponadto w końcówce PRL z marginesu pozytywnego, stanowiącego zagrożenie dla funkcjonowania systemu kłamstwa (także na uczelniach) rozumiem oczywiste problemy intelektualne, jak i moralne kadry etatowej w poznaniu prawdy o swych korzeniach.

Opracowałem zatem ‚Poradnik dla badających czasy PRL-u na odcinku akademickim’ [https://blogjw.wordpress.com/2013/02/10/poradnik-dla-badajacych-czasy-prl-u-na-odcinku-akademickim/].

Mimo to etatowa kadra akademicka nadal nie jest w stanie poznać tego co poznać powinna i na konto tej powinności jest opłacana z kieszeni podatnika.

Szczególnym przykładem tej niemocy stanowią ‚Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego’ , którym poświęciłem kilka tekstów i bezskutecznie domagałem się wycofania ich z obiegu edukacyjnego [por. m.in.Lustracja dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego

https://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/

Kilka pytań do Dziekana Wydziału Historycznego UJ w związku z metodologią i standardami prac historycznych

[https://blogjw.wordpress.com/2009/04/27/kilka-pytan-do-dziekana-wydzialu-historycznego-uj/]

List do Polskiej Akademii Umiejętności w sprawie wycofania z obiegu edukacyjnego ‚Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego’

[https://blogjw.wordpress.com/2009/08/05/list-do-polskiej-akademii-umiejetnosci/]

W ramach niezbędnego procesu dekomunizacji systemu akademickiego

  • domagam się ujawnienia wykazu tajnych i jawnych współpracowników systemu komunistycznego w historii UJ (od roku 1945 ) i organów/komisji, w których zasiadali, realizując komunistyczną politykę kadrową (i nie tylko).
  • Domagam się działań na rzecz unieważnienia prawnego pozamerytorycznych weryfikacji kadr akademickich lat 80-tych i przeniesienia w stan bezetatowości akademickiej tajnych i jawnych współpracowników systemu komunistycznego – systemu kłamstwa. To hańba, że przez tyle lat tacy współpracownicy nadal znajdują się w strefie oddziaływania (negatywnego !) na młodzież akademicką, gdy tymczasem ci, którzy ani tajnymi, ani jawnymi współpracownikami systemu kłamstwa być nie chcieli – nie tylko zostali usunięci z uczelni z oskarżenia o negatywne oddziaływanie na młodzież akademicką, ale do dnia [dzisiejszego – jw] pozostali wyklęci, dlatego że pozostali niezłomni w walce o obronę prawdy !
  • Domagam się zdekomunizowania przestrzeni UJ, kadr UJ, doktoratów h.c. UJ, edukacji i nauki na UJ ?

Kiedy Uniwersytet Jagielloński zachowa się jak trzeba ?

Kiedy stanie w prawdzie ?

Bez prawdy, Uniwersytet Jagielloński mimo wspaniałych nieruchomości, i ogromu osób utytułowanych/’udyplomowianych’, nie jest w stanie realizować swojej misji, a co najwyżej tylko ją pozorować, pogrążając się w fałszu i kłamstwie na szkodę Polski.

Józef Wieczorek

Do wiadomości:

media i organy akademickie

por. pełniejsza dokumentacja sprawy wyklęcia

nauczyciela akademickiego  z Uniwersytetu Jagiellońskiego ( i nie tylko)

https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/

 

potwierdzenie od Rektora

Sceny z życia uniwersyteckiego

Dziennik VI

Sceny z życia uniwersyteckiego

z Dziennika wypadków Karola Estreichera vol. VI

(fragmenty -s. 684 – 690)

W marcu J963 odbyło się nieludzkie, niekoleżeńskie zebranie w Instytucie Historii Sztuki, które trwało aż 5 godzin! Od piątej do dziesiątej wieczór. Przyszedł na nie nowo obrany Kazimierz Lepszy. Obecni byli profesorowie: Adam Bochnak, l Lech Kalinowski, Jerzy Szablowski, Tadeusz Dobrowolski.

Przez bitych pięć godzin radzono, co zrobić (oczywiście pośrednio), aby mnie z Uniwersytetu usunąć. Pomysł zebrania wyszedł od Bochnaka. Bochnak poszedł wtedy do rektora Lepszego i namówił go do wystąpienia na senacie akademickim z wnioskiem, aby Muzeum UJ połączono z Instytutem Historii Sztuki, który to Instytut zostawał pod naczelną dyrekcją Bochnaka. Całą sprawę dyskutowano na owym zebraniu, obrzucając mnie przy sposobności zarzutami o mej niewiedzy, nieuctwie, blagach, etc… Nie było inwektywy, której by mi oszczędzono.

Istotnie na posiedzeniu senatu (bez zaproszenia mnie na posiedzenie! bez zaciągnięcia mej opinii jako kierownika Muzeum!) zapadła uchwała podporządkowująca Muzeum UJ Instytutowi Historii Sztuki. Wniosek postawił rektor Lepszy, rzekomo kierując się troską o zbiory uniwersyteckie. Udało mi się tą uchwałę cudem storpedować w Warszawie, w Ministerstwie. Nie weszła w życie.

Czemu Bochnak podstępnie kierował tą całą intrygą podporządkowania Muzeum UJ Instytutowi Historii Sztuki?

Usunięty z dyrektury Muzeum Narodowego myślał, że podporządkowując sobie Muzeum UJ wejdzie bez trudu w rolę opiekuna pięknych zbiorów, a zarazem zdobędzie tematy dla prac naukowych. Po prostu chciał zabrać Muzeum, stworzone przeze mnie.

Olbrzymie było zdziwienie, kiedy przekonano się, że podstęp nie udał się. Niemniej moja sytuacja w UJ wydawała się beznadziejna. W roku 1963 z powodu wieku, ustąpił z katedry Wojsław Mole. Bochnak nie tylko nie poparł mojej osoby na katedrę po nim – mimo, że latami i pracą byłem znacznie starszy od prof. Lecha Kalinowskiego – ale na senacie zaczął o mnie rozpowiadać uwłaczające wiadomości. Opowiadał, że nie mam prac naukowych, że nic nie umiem, że źle wykładam, że jestem niepoważny, że moje zasługi przy odnowieniu Collegium Maius są wątpliwe. Nie czynił tego jawnie, tylko pokątnie i bez. świadków. Chodził, agitował, podgryzał. Milczałem. Zmilczałem.

Cóż miałem zrobić’? Otrzymywałem od Bochnaka, jako dyrektora Instytutu, stale najtrudniejsze wykłady i najgorsze godziny: sztukę ludową w 1949 roku, prehistorię sztuki w 1952, polską sztukę średniowieczną w 1953. W ostatnim semestrze (1966/67) musiałem wykładać w poniedziałki, czwartki i soboty. To znaczy cały tydzień miałem rozerwany. Lepsze godziny wzięli profesorowie: Dobrowolski, Szablowski, Bochnak, Kalinowski.

Asystenci i profesorowie Instytutu okazywali mi skrajne lekceważenie. Profesor Szablowski, gdy chciał coś ode mnie, posyłał asystenta lub pisał suche, oficjalne listy adresowane bezosobowo. Asystent Krakowski nie kłaniał się. Adiunkt Samek podsłuchiwał pod drzwiami, gdy egzaminowałem. Pani docent Żurowska z reguły udawała, że mnie nie widzi. Altendorfówna naśmiewała się z mojej francuszczyzny, że robię błędy. Zanim list dochodził do moich rąk był oglądany przez woźnych i adiunktów. Woźny Torba regularnie donosił co robię, czy gdzieś wyjechałem, jakie prace są prowadzone w Muzeum i w Collegium Maius. Nie byłem zapraszany na żadne posiedzenia Instytutu – ani administracyjne ani naukowe. Bochnak stworzył wokół mnie atmosferę izolacji, wyobcowania, pustki. Podziwiam jego wysiłek.

Od roku 1956 wszędzie napotykałem na opinie urobioną przez Bochnak W Uniwersytecie, w Ministerstwie Szkół Wyższych (o ile brało się tam Bochnaka nA serio), w Krakowskiej Radzie Miejskiej, wreszcie w Akademii Nauk. Gdy w roku tworzono tam od nowa Komisje Historii Sztuki – nie zostałem do tej zaproszony. Rzekomo wysłano mi zaproszenie. Nieprawda! Nic wysłano! Nikt nie ujął się za mną o to obraźliwe, krzywdzące postępowanie. Oczerniano mnie i że nic nie umiem, etc…

Przez piętnaście lal utrzymywałem z Bochnakiem-jak zresztą i z Pagaczewskim

przyjazne stosunki. Zawsze do obu pisałem listy donosząc o tym, co się dzieje, co robić, etc… Chyba w nich nic złego nie pisałem. Może były zbyt czołobitnej zbyt grzeczne, ale byłem pod wrażeniem życzliwości Bochnaka. Wreszcie na mojej wytłumaczenie mam to, że byłem wciąż od niego zależny.

Wreszcie zdobyłem się na wielki wysiłek. W 1956 roku, a potem w 1960 senacie, gdy Bochnak na prawo i lewo zaczął szeptać, że nie mam za sobą poważnych prac naukowych – zerwałem z nim. Przestałem się do niego odzywać i nil poszedłem do niego z wizytą – mimo zaproszenia. Przeciąłem wrzód!

To, co naprawdę przeciągnęło strunę, co zmusiło mnie do całkowitego zerwania, to donos. Donos, jaki zrobił na mnie do władz Bezpieczeństwa. …

…Przez długi czas nie mogłem zrozumieć przyczyny tych ciągłych narad, konferencji ,zbiorowych oskarżeń, przed którymi byłem stawiany. Długi czas przypuszczałem, że Bochnakowi, Kalinowskiemu, Lepszemu sprawia przyjemność takie gnębienie . Nic podobnego. Doszedłem, że idzie tu o coś innego. Liczono na moją pobudliwość lub nawet gwałtowność. Sądzono, że może na jakiejś konferencji wybuchnę, uderzę pięścią w stół i odejdę rzucając wszystko – i odnowienie Collegium Maius i urządzanie Muzeum. Po prostu chciano mnie sprowokować do nierozumnego czynu. Tą wojną psychologiczną kierował Bochnak,

! oto nagle, w maju 1964, umiera rektor Lepszy. Bochnak i Kalinowski stracili oparcie. Chwilowo zamilkli.

Od tego czasu upłynęły trzy lata. W jesieni roku 1966 Bochnak postawił na Wydziale Filozoficzno-Historycznym wniosek o moje uzwyczajnienie jako profesora. Równocześnie jednak przeprowadził poufne rozmowy z profesorami Janem Hulewiczem i Henrykiem Baryczem i nie sprzeciwił się, gdy mu zapowiedzieli, że na Wydziale wystąpią z krytyką mej osoby i działalności. Tłumaczył się przed nimi. że „musi” moją kandydaturę postawić. To wiem na pewno. Jeszcze i ten fałsz wobec mnie popełnił.

Nie wiem właściwie czemu zawdzięczam to tępienie ranie przez grupę moich kolegów z Bochnakiem na czele.

Ten stary, siedemdziesięcioletni uczony nie cofał się przed intrygami i nieprawda, aby tylko koledze zaszkodzić. Np. referując moje prace naukowe, m. in. Łańcuch Aleksandry (rektorski, pochodzący – jak to stwierdziłem z VI wieku), oświadczył, że się nie zna na tego rodzaju dziełach złotnictwa. A przecież pisał o tym łańcuchu i darował go na XVI wiek! Teraz gdy przyszło do oceny mojej pracy usunął się zręcznie od jej oceny. Skoro się nie znał to czemuż o nich pisał?

Z profesorów nikt postępowania Bochnaka nie zauważył. Głosowaniem na Wydziale tak pokierowano, że nie otrzymałem kwalifikowanej większości, potrzebnej to postawienia wniosku o przyznanie mi stanowiska profesora zwyczajnego. Bochnak chodził po całym Krakowie i ubolewał jaką mi krzywdę wyrządzono! Pełen rzekomego oburzenia opowiadał szczegóły mego niepowodzenia!

W styczniu 1966 zacząłem z rektorem Mieczysławem Klimaszewskim omawiać dymisję z asystentury, względnie przeniesienie nielojalnej współpracownicy Muzeum UJ, dr Ewy Chojeckiej. Jej zachowanie się oraz wady osobiste pokazały, że nie nadaje się na asystentkę. Bochnak zdawał sobie sprawę kim jest dr Chojecka, jak jest nielubiana przez kolegów i jakie ma wady. Ale właśnie dlatego popierał ją. Wreszcie zdecydował sieją przyjąć do Instytutu Historii Sztuki na asystentkę i nawet nadał jej jakieś nagrody.

Nic uczynił tego przez niezaradność, czy bezmyślność -jak potem sugerował – ale dlatego gdyż zależało mu na przypodobaniu się rektorowi Klimaszewskiemu, który Chojecką bardzo popierał. Dzięki temu syn Bochnaka otrzyma stypendium na wyjazd do Paryża.

Ta sama nielojalność wobec kolegów powtórzyła się po raz drugi w roku 1968 i 69. Najpierw Bochnak dopuścił do habilitacji Chojeckiej (listopad 1968), a nastepnie na bardzo przykrym posiedzeniu u rektora Klimaszewskiego (3 III 1968), gdy czterech profesorów historii sztuki stwierdziło, że Chojecka z powodu swych wad osobistych nie nadaje się na asystentkę Instytutu Historii Sztuki, Bochnak – znowu kierując się interesami syna, a tym razem jego zamierzoną habilitacją – nie podtrzymywał opinii kolegów o dr Chojeckiej, lecz tak oględnie i miękko się o niej wyrażał że sprawę położył. W ten sposób znowu wprowadził, swoim zwykłym sposobem ferment i niepokój w Instytucie, w którym był kierownikiem.

Na wiosnę 1968 nowa intryga bez sensu. Uczennica Hussakowska otrzymuje na seminarium Bochnaka pracę naukową o moim przodku Dominiku Estreicherze malarzu krakowskim (1752-1809). Przychodzi do mnie po materiały i wiadomości mam jej pomagać, etę… Po co te jakieś komedie, rzekomo naprawionej atmosfery po co te komedie rzekomej obiektywności, kiedy sieje się zło i intrygi?

W tym gąszczu intryg plątanych przez jednego człowieka trudno jest mi się zorientować. Nie było komu ująć się za mną na Wydziale, przeciwstawić się podnieconym oskarżycielom, stwierdzić podżeganie przez jednego człowieka. Np. pani prof. Mari Bernhard oświadczała się wielokrotnie z przyjaźnią wobec mnie i mojej żony, napychał się do mego domu, opowiadała wiele o życzliwości dla mnie, ale na posiedzeniu Wydziału, gdzie mnie z błotem mieszano – milczała. Potem opowiadała jak bardzo jest jej przykro, że spotkała mnie taka krzywda.

W grudniu 1968 Bernhard nagle zaskakuje mnie oświadczeniem (napisała list w tej sprawie, więc mam to na piśmie), że po porozumieniu się z kolegami z Instytutu Historii Sztuki i uzyskaniu ich zgody napisz skrypt z przedmiotu, który ja wykładam, tj. z. dziejów sztuki starożytnej dla studentów historii sztuki na l roku. Bochnakowi, jako dyrektorowi instytutu, nie przyszło na myśl że tego rodzaju postępowanie Marii Bernhard wobec kolegi jest nieprzyzwoitości; A może (zapewne) właśnie to przeszło mu przez myśl.

Powie ktoś, że to widocznie moja wina, iż spotykały mnie te wszystkie niepowodzenia, że popełniłem takie czy inne nietakty, błędy, że postępowaniem moim musiałem narobić sobie wrogów, etc… Zapewne… Nic zaprzeczam. Z drugiej jednak strony powtarzam – Bochnak tak zawsze kierował moimi sprawami, abym nie awansował w życiu uniwersyteckim. Na pewno wykorzystywał przy tym moje wady i błędy.

W jesieni 1968 roku wydałem duże dzieło pt. Collegium Maius – dzieje budowy Nie mnie sądzić o jego wartości. Okaże to czas, ale jestem o to spokojny. Książka zaskoczyła moich kolegów. Tymczasem toczyły się pierwsze rozmowy o następstwie po Bochnaku i Dobrowolskim. Od rozmów tych byłem odsunięty. Wiem, że chodził do rektora, składał (zawsze tylko w rozmowie) różne oświadczenia np- jak reformować Instytut Historii Sztuki, ani razu nie zwoławszy narady, na której byłbyy obecny. W ten sposób można zawsze intrygować, siać zamęt. Liczył, że po przejściu na emeryturę dalej będzie rządzić w Instytucie Historii Sztuki, który rozstroił.

Od października 1969 Bochnak przeszedł na emeryturę, ale nie przestaje intrygować i mścić się na mnie. Namiętnie zabiegał, abym przypadkiem nie awansował na profesora zwyczajnego, ani nie objął katedry po Tadeuszu Dobrowolskim. Wolał oddać tę katedrę prof. Mieczysławowi Porębskiemu, partyjnemu, który w latach 1946-3 zwalczał sztukę nowoczesną, uczonemu bez charakteru, który Krakowa jako środowiska nie cierpi. Powtarzam – wolał Bochnak Porębskiego niż mnie. Widoczni sprawiła to moja wina, moja nieumiejętność współżycia.

Nienawiść Bochnaka do mojej osoby – tajna, zawsze maskowana – była olbrzymia, że już po jego przejściu na emeryturę, póki zdrowie na to pozwalało! wspinał się do Instytutu Historii Sztuki lub szedł na rozmowę do rektora. Skarżył się tam na mnie, lub krytykował. Namawiał także Porębskiego, Kalinowskiego, Szablowskiego do rozmaitych występów przeciw mnie. Były to już, objawy sklerozy,!

Nic widziałem uczonego profesora, który byłby tak skompleksowany zazdrością jak Bochnak, a równocześnie tak się lenił na zajmowanych stanowiskach.

Bochnak zmarł na serce na wiosnę 1974 roku, po długiej chorobie.

Herberta Kopca rozważania o prawdzie, wolności, wartościach

1

Herberta Kopca rozważania o prawdzie, wolności, wartościach

na spotkaniu w Dworku Białoprądnickim w Krakowie, 10 grudnia 2014 r.

(zdjęcia i wideo – Józef Wieczorek)

2

Patologie na uczelniach przez pryzmat sprawy dr Herberta Kopca

2

Patologie na uczelniach przez pryzmat sprawy dr Herberta Kopca

Herbert Kopiec przeciwko Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości w sądzie w Gliwicach ( rozprawa apelacyjna 13.11.2014 r.) .

(zdjęcia i wideo – Józef Wieczorek)

1

3a

5

 

a

b

4

c

 

e

 

d

 

JEDEN Z LICZNYCH DOKUMENTÓW ILUSTRUJĄCYCH SPRAWĘ  dr Herberta KOPCA

studenci 1

studenci 2