2013 in review

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2013 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

A New York City subway train holds 1,200 people. This blog was viewed about 7,400 times in 2013. If it were a NYC subway train, it would take about 6 trips to carry that many people.

Click here to see the complete report.

Reklamy

Petycja w sprawie Barbary Butler-Błasińskiej

Petycja

Zwracamy się do P.T. Włodarzy m.st. Warszawy z petycją o sprawiedliwe rozstrzygnięcie sprawy Pani Barbary Butler-Błasińskiej, której grozi eksmisja z zajmowanego przez nią lokalu przy ul. Noakowskiego 12.

Pani Butler-Błasińska jest emerytowanym nauczycielem akademickim ( relegowanym z uczelni w roku 1968), córką powstańców warszawskich, od lat kultywującą pamięć należną bohaterom Polski Walczącej.

Łączyły ją więzy przyjaźni ze śp. Danutą Orłowską, łączniczką batalionu „ Krybar”, której historia (nakaz opuszczenia zajmowanego od 1932 r. mieszkania) wstrząsnęła opinią publiczną. Problem łączniczki „Danusi” rozwiązał się sam – zmarła w poczuciu osamotnienia i wielkiej krzywdy, jakiej doznała ze strony Miasta, w którego obronie walczyła z narażeniem życia.

http://www.youtube.com/watch?v=famQx0FDJj8

Czujemy się w obowiązku podjąć interwencję w obronie Pani Barbary Butler-Błasińskiej, która znalazła się w podobnej sytuacji – grozi jej eksmisja. Nie jest w stanie opłacać czynszu ( urósł do kwoty ponad 2 tys. złotych).

Przed laty, jeszcze wraz z rodzicami, starała się o wykupienie zajmowanego lokalu na własność- nie uzyskała zgody Urzędu, podczas, gdy osoby nie zamieszkujące w tej kamienicy nie miały z tym problemu. Na kolejną prośbę, tym razem o zamianę mieszkania na mniejsze, Urząd nie zareagował.

http://www.youtube.com/watch?v=tn7qD5z82Rs

Obecnie w Sądzie Rejonowym m.st. Warszawy toczy się już sprawa o eksmisję.

Pani Błasińska jest faktycznym (choć nie nominowanym) kustoszem narodowej pamięci. W zajmowanym przez nią lokalu znajdują się siedziba i archiwa patriotycznych organizacji (m.in. Stowarzyszenia Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej).Tymczasem ,jak czytamy w artykule Mai Narbutt „ Odnowa….” zamieszczonym w tygodniku „w Sieci”( nr30 (34)2013), do pracy w jednym z warszawskich muzeów delegowane są osoby nie legitymujące się osiągnięciami w dziedzinie ochrony narodowych dóbr, a otrzymujące pensje przekraczające wyobrażenia doświadczonych muzealników.

Sądzimy, że łatwo można uchwycić istotę problemu… Podpowiadamy:

Gdyby Pani Barbara Butler-Błasińska otrzymała uposażenie podobnej wysokości, byłaby w stanie nie tylko utrzymać lokal , lecz także otoczyć odpowiednią opieką przechowywane w nim zbiory i stworzyć żywy oddział choćby wspomnianego wyżej muzeum, które długo będzie nieczynne z powodu remontu

Z nadzieją, że duch praw europejskiej cywilizacji podpowie decydentom właściwe rozwiązanie, w poczuciu obywatelskiej solidarności i z wyrazami należnego szacunku

Solidarni 2010 : Ewa Stankiewicz – Prezes Zarządu

– Kongres mediów Niezależnych:Krzysztof Czabański- Przewodniczący

Jadwiga Chmielowska. Teresa Bochwic, Krzysztof Karnkowski. Marek Deptuła

Bardzo prosimy o dołączenie się do poparcia i wsparcia pomocą

kontakt@solidarni2010.pl

Robert Kościelny w sprawie Komisji ds.Etyki w Nauce

W sprawie Komisji ds.Etyki w Nauce

Robert Kościelny 

(Forum Akademickie, 6/2012)

Chciałbym poznać zdanie Zespołu do Spraw Dobrych Praktyk Akademickich w sprawie mobbingu na UJ

Sent: Friday, July 27, 2012 8:21 PM
Subject: List w sprawie mobbingu na UJ

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyzszego
ul. Wspólna 1/3
00-529 Warszawa
Szanowna Pani Minister
Barbara Kudrycka
Zespół do Spraw Dobrych Praktyk Akademickich

 

Niniejszym załączam list jaki otrzymalem w sprawie mobbingu na UJ . List umieściłem w serwisie poświęconym mobbingowi akademickiemu pod adresem:
List w sprawie mobbingu na UJ
http://nfamob.wordpress.com/2012/07/17/list-w-sprawie-mobbingu-na-uj/
Jest to jeden z wielu listów jakie otrzymuję od lat w sprawach mobbingu akademickiego, ale tylko niewielu autorow decyduje się na ich ujawnienie.

Mobbing jest jedną z poważnych patologii akademickich ( złą praktyką akademicką) negatywnie wpływających na stan nauki i edukacji w Polsce (bardziej niż poziom finansowania !) a traktowaną chyba marginesowo, mimo odpowiedzialności rektorów/dyrektorów za prowadzenie polityki antymobbingowej.

Sprawy mobbingu są umieszczone wśród zadań Zespołu do Spraw Dobrych Praktyk Akademickich więc chciałbym poznać zdanie Zespołu w przedłożonej sprawie, jak i działania Zespołu na rzecz ograniczenia mobbingu akademickiego.

Z poważaniem
Józef Wieczorek
Niezależne Forum Akademickie

Piotr Gajdek informuje o mobbingu na UJ

List w sprawie mobbingu na UJ

Jestem doktorem chemii. Obroniłem pracę doktorską na Wydziale Chemii UJ pod kierunkiem prof. dr hab. Jana Najbara w Zespole Badań Fotochemicznych i Luminescencyjnych w 1998 roku. Mam w swoim dorobku naukowym publikacje w wielu dobrych czasopismach zagranicznych o wysokim impact factorze. Brałem udział w wielu konferencjach krajowych i zagranicznych. Podczas studiów doktoranckich w latach 1994 – 1995 przebywałem w Perugii jako stypendysta Rządu Włoskiego. Jestem laureatem Stypendium Krajowego Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dla Młodych Naukowców w roku 2000 za wybitne osiągnięcia naukowe.

Po doktoracie mój promotor na Wydziale Chemii UJ nie miał dla mnie etatu i załatwił mi wyjazd do USA. Nie zdecydowałem się. Nie wyobrażałem sobie wyjazdu na stałe za granicę, ponieważ tutaj w Polsce założyłem rodzinę. Znalazłem jednak przypadkowo pracę na Wydziale Biologii Molekularnej UJ położonym wtedy jeszcze przy Alei Mickiewicza (obecnie Wydział Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ, ul. Gronostajowa 7).

W Zakładzie Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin potrzebowano kogoś po doktoracie do zajęć dydaktycznych. Był to zakład zamknięty, odizolowany drzwiami z jednej i z drugiej strony, skłócony z innymi zakładami Wydziału, z post PRL-owskim szefem (Kierownik Zakładu dr hab. Jan Białczyk był sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR w UJ w latach siedemdziesiątych, a także działa po dziś dzień w ZNP).

W momencie mojego przyjścia do pracy Zakład nie posiadał praktycznie żadnej porządnej aparatury i nie prowadził właściwie żadnych badań naukowych. Pisano jedynie prace przeglądowe. Na zebraniach Zakładu dr hab. Jan Białczyk roztaczał wizje wielkich badań, szerokiej współpracy, a w rzeczywistości siedziały tam aż 4 panie techniczne, które „pracowały” po 4 godziny dziennie (przychodziły po 9.00 rano, a wychodziły koło 13.30 i zamykały mi na klucz laboratorium, w ten sposób robiąc mi na złość i utrudniając mi pracę), dzień w dzień plotkowały, popijały kawę i jadły ciastka. Z byle okazji odbywały się w Zakładzie huczne całodniowe „imprezy” zakrapiane alkoholem.

Oskarżali mnie, że nie chciałem uczestniczyć w tych „imprezach”, pożytkując ten czas na konkretną pracę. Przed „imprezami” panie techniczne piekły dla dr hab. Jana Białczyka torty i ciasta, na zawołanie parzyły mu kawę i herbatę, a także biegały po zakupy do pobliskiego supermarketu.

Poza „imprezami” dr hab. Jana Białczyka tak naprawdę prawie nigdy w pracy nie było, bo był radnym w Radzie Miasta Krakowa z ramienia SLD. Człowiek ten kandydował też, o zgrozo, do Sejmu. Identyczne zajęcia dydaktyczne prowadził inny zakład, czyli Zakład w którym mnie zatrudniono praktycznie nie miał racji bytu, ale dziwnym trafem jednak istniał na skutek układów, jakie miał dr hab. Jan Białczyk, mimo że nie miał on praktycznie żadnych poważniejszych osiągnięć naukowych, co więcej, moim skromnym zdaniem do pracy na uczelni się zwyczajnie nie nadawał.

Ilekroć próbowałem z innymi pracownikami Zakładu rozmawiać na tematy naukowe, w odpowiedzi robili „wielkie oczy”, zastanawiając się, czego ja właściwie chcę. Dr hab. Jan Białczyk traktował ludzi z góry, uwielbiał okazywać władzę i poniżać innych. Ponieważ przyszedłem z miejsca, w którym się naprawdę pracowało i był bardzo wysoki poziom naukowy, postanowiłem zabrać się do roboty. Najpierw chciałem zlecić paniom technicznym wykonanie pewnych prac, ale spotkałem się z wrogością. Panie obraziły się. Stwierdziły, że nie mogę im nic zlecać i doniosły wszystko szefowi („Jasiu, bo ten pan ……”).

Od tej pory zaczęło się kręcenie afer przeciwko mnie przy papierosku podpalanym pod dygestorium. Brylowała w tym pani inż. Anna Wachowska. Panie zatrzaskiwały mi przed nosem drzwi, opowiadały o mnie niestworzone rzeczy, niezgodne z prawdą, a dr hab. Jan Białczyk święcie w nie wierzył i wygłaszał to wszystko na zebraniach Zakładu, gdzie byłem publicznie upokarzany. Wyraźnie czerpał przyjemność z psychicznego znęcania się nad ludźmi.

Ja, jako człowiek ambitny i idealista, pracując we wrogim otoczeniu, praktycznie w całkowitym odosobnieniu, zamknięty w swoim pokoju, zagłębiałem się w literaturę narzuconej mi przez Zakład tematyki badawczej i napisałem w tej dziedzinie kilka cenionych w innych ośrodkach zajmujących się tą tematyką prac przeglądowych. Co więcej, dostawałem przez trzy lata niewielkie pieniądze z UJ na moją problematykę badawczą (tzw. „badania własne”), które wystarczyły mi na zakup najniezbędniejszych materiałów i odczynników.

Przy tak niezwykle skromnym budżecie i braku jakiejkolwiek aparatury, pracując samotnie, byłem w stanie zrobić eksperymenty i opublikować kolejne trzy prace eksperymentalne w dobrych zagranicznych czasopismach. Dążyłem do zakupu potrzebnej do badań aparatury i cel osiągnąłem. A więc działałem przecież na korzyść Zakładu, bo pisałem dobre publikacje i zakupiłem niezbędną aparaturę. Zgromadziłem literaturę naukową oraz opracowałem metody badawcze, które są wykorzystywane w Zakładzie po dziś dzień.

Uważam, że mój wkład pracy z Zakładzie jest ogromny. Jednak został zatrudniony przez dr hab. Jana Białczyka „świeżo upieczony” doktor, dr Dariusz Dziga, z sąsiedniego zakładu, któremu dr hab. Jan Białczyk natychmiast przypisał wszystkie moje osiągnięcia naukowe, umieszczał jego zamiast mnie w komunikatach konferencyjnych, tak jakbym w ogóle nie istniał. Mimo moich niepodważalnych osiągnięć w pracy naukowej byłem systematycznie przez dr hab. Jana Białczyka psychicznie dręczony.

Mówił on na zebraniach Zakładu, że chodzę w śmierdzących niespranych ubraniach i że w moim pokoju śmierdzi. Atakował mnie, że pluję do zlewu, zamykam się w swoim pokoju i „przetwarzam jakieś mądrości”, podczas gdy powinienem zachowywać się zupełnie odmiennie, tzn. otwierać drzwi, pryskać się dezodorantami i nosić krawat. Głosił na zebraniach swoje szczytne cele, że „zawziął się i chce dotrwać do emerytury, a wy możecie sobie nie dotrwać, to jest już nie moja sprawa”.

Groził mi, że odsunie mnie od zajęć dydaktycznych, bo jestem nerwowy oraz że napisze mi negatywną opinię. W końcu „zdiagnozował”, że jestem chory psychicznie i do żadnej pracy się nie nadaję, no, ewentualnie w magazynie za pudłami, żeby mnie nikt nie widział. Kazał mi natychmiast pójść na zwolnienia, a potem na rentę i żebym już pod żadnym pozorem do pracy nie wracał. Mówił, że będę miał dobrze, bo co miesiąc listonosz będzie pukał do drzwi i przynosił mi pieniądze. Stwierdził, że w przeciwnym razie, jak nie zdecyduję się pójść na rentę, da mi negatywną opinię, ponieważ według niego nie mam żadnych osiągnięć naukowych (Czyli, innymi słowy, twierdził, że „czarne jest białe”!).

Doprowadzony do krańca psychicznej wytrzymałości niestety posłuchałem go, faktycznie poszedłem na zwolnienia, a potem sam zwolniłem się z UJ za porozumieniem stron w 2004 roku. Na moje miejsce został przyjęty syn profesora z sąsiedniego zakładu, co wykazuje wysoki nepotyzm środowiska. Chciałem tutaj z całą mocą stwierdzić, że zwolniłem się tylko i wyłącznie na skutek powyżej opisanych prześladowań, które doświadczałem w miejscu pracy. Świadczy o tym fakt, że do tej pory nie jestem w stanie znaleźć pracy.

Ja rozumiem taką nieumiejętność jako uszczerbek na moim zdrowiu psychicznym, ponieważ pamiętam wszystko to, co doświadczałem i obawiam się, że gdy podjąłbym jakąś pracę, spotkałbym się z podobnym prześladowaniem.

Uważam, że prześladowania ze strony dr hab. Jana Białczyka odcisnęły niezmazywane piętno na mojej psychice. Teraz zajmuję się domem i rodziną i nigdzie nie pracuję. Zakład Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin dalej istnieje. Ten człowiek, który mnie prześladował, dalej bezkarnie pracuje i jest już, o zgrozo, profesorem. A ja poniosłem konsekwencje tego, że miałem osiągnięcia i chciałem pracować, podczas gdy inni w tym Zakładzie chcieli tylko pracę pozorować i sprawiać dobre wrażenie. Niestety byłem inny niż środowisko, co zaowocowało mobbingiem.

Niniejszą publikacją chciałbym napiętnować wysoką degenerację środowiska, w którym pracowałem. Podkreślam, że piszę „całą prawdę i tylko prawdę”. Zdaję sobie sprawę, jak wielu jest w Polsce „wyklętych” doktorów wyrzuconych przez chory system i będących w podobnej sytuacji, którzy jednak nie ujawniają swoich osobistych dramatów. Uważam, że wszyscy powinniśmy solidarnie działać w kierunku przywrócenia normalności na polskich uczelniach, ukarania sprawców prześladowań oraz zadośćuczynienia pokrzywdzonym. Uważam, że osobiste dramaty osób usuniętych z uczelni należy nagłaśniać i rozpowszechniać. Szczególnie liczę na to, że wkrótce sytuacja na polskich uczelniach się odmieni, bo przecież post PRL-owskie kadry nie będą w stanie dalej stawiać czoła coraz większym wyzwaniom współczesności i wtedy takie osoby jak ja zostaną zrehabilitowane.

Piotr Gajdek

Robert Kościelny – List otwarty do Prof. Michała Kleibera Prezesa PAN

5 III 2012 Szczecin

List otwarty do Prof. Michała Kleibera Prezesa PAN

Tradycje akademii – instytucji grupujących uczonych,

ludzi ciekawych świata, poszukujących „prawdy, dobra i piękna„.

Ze wstępu: Dzieje Instytucji PAN  http://www.instytucja.pan.pl

porwał mnie śmiech pusty

Powrót taty. A. Mickiewicz.

Szanowny Panie Prezesie!

22 lutego 2012 r., otrzymałem list z odpowiedzią na moją skargę pod adresem Komisji do spraw etyki w nauce oraz członków zespołu orzekającego tejże Komisji, jaką złożyłem na Pańskie ręce w piśmie z dn. 20 stycznia tegoż roku. Skarga na Komisję dotyczyła sposobu w jaki jej członkowie: prof. Piotr Węgleński, Andrzej Białyńcki-Birula oraz Franciszek Ziejka potraktowali zarzuty jakie postawiłem Centralnej Komisji ds. Stopni, przewodniczącemu CK, prof. Tadeuszowi Kaczorkowi oraz recenzentom CK w osobach: Janusz Tazbir, Lech Szczucki, Wojciech Kriegseisen, Janusz Maciuszko, Henryk Gmiterek.

Jak Pan Profesor zapewne pamięta istota mojej skargi dotyczyła tego, że trzyosobowy zespół, składający się z wymienionych profesorów, orzekający z ramienia Komisji do spraw etyki, w swym orzeczeniu mijał się z prawdą (ze względów procesowych nie napiszę: kłamał). Komisja do spraw etyki w nauce na podstawie tych orzeczeń na plenarnym posiedzeniu przyjęła stanowisko w sprawie – odmawiając wydania opinii. Uzasadniła je w trzech zdaniach, z których jedno było nic niemówiącym frazesem, a dwa pozostałe mijały się z faktami (nie napiszę kłamały z powodów j.w.). Pan prof. Andrzej Zoll podpisał się pod stanowiskiem Komisji.

Do napisania do Pana listu w sprawie Komisji i CK ośmieliły mnie Pańskie wypowiedzi krytykujące niewysoki poziomu etyczny polskich naukowców (stąd forsowany przez Pana pomysł utworzenia Komisji do spraw etyki w nauce), jak też Pańskie ubolewanie nad sytuacją najzdolniejszych przedstawicieli polskiej młodzieży, którzy ukończywszy studia nie myślą o naukowej karierze tylko wyjeżdżają na Zachód. Ośmieliła mnie również informacja, że był Pan Profesor współpracownikiem Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zwłaszcza to ostatnie upewniło mnie, że piszę do człowieka, który, jak mało kto, musi być wrażliwy na krętactwa, oszustwa, ludzką krzywdę zadaną przez łobuzów, wymachującymi swoimi tytułami naukowymi, czy nadanymi przez środowisko godnościami niekwestionowanych autorytetów, jak chuligan kijem bejsbolowym.

Zwracam się do Pana Profesora w formie, do której zapewne nie jest Pan przyzwyczajony. Nie jest moją intencją urażenie Pana. Nie jest moją intencją urażanie kogokolwiek. Już samo wyrażone wyżej wspomnienie, że był Pan blisko tak wybitej postaci jak nasz Prezydent ś.p. Lech Kaczyński, sprawia, iż nie ośmieliłbym się nawet w najmniejszym stopniu uchybiać Pańskiej godności. Formę wyznacza sprawa jaką chcę poruszyć: stan polskiej nauki, a zwłaszcza poziom etyczny (i nie tylko: etyczny) jej decydentów. Ponieważ problem jest ważny, dotyczy etyki, uznałem że należy go przedstawić w sposób jasny, prosty i bezpośredni. Bez niedomówień i krętactw. Bo tych we wzmiankowanej sprawie było i jest za dużo. Niestety, muszę z żalem ogromnym (nie jest to zwrot retoryczny tylko opis emocji jaka towarzyszyła mi podczas lektury Pańskiego pisma; proszę mi wierzyć, chociażby w świetle tego co napisałem wyżej o Panu jako współpracowniku ś.p. Profesora Lecha Kaczyńskiego) – stwierdzić, że również odpowiedź Pana Profesora wpisuje się w ten korowód responsów wymijających istotę problemu.

Większość Pańskiej odpowiedzi dotyczy spraw formalnych, a nie realnych. Wyjaśniających sprawy, o których nic w liście nie piszę. Natomiast nie dotyczy tych spraw, o wyjaśnienie których zwracałem się do Pana. Wiem, że w skład zespołu orzekającego mogą być wybrani członkowie Komisji do spraw etyki, a jest ich tylko dziewięciu. I że Pan prof. Zoll mógł do niego wybrać tylko osoby z tej skromniej puli (skromnej oczywiście w sensie liczby osób, które się w niej znalazły a nie walorów naukowych jakie sobą reprezentują, o czym zresztą też Pan pisze uprzejmie: „w składzie Komisji są wybitni specjaliści z różnych dziedzin nauki”).

Dobrze, tylko że z faktu, iż prof. Zoll wybrał trzech z dziewięciu i tych trzech to wybitni specjaliści w swoim fachu i nie ma wśród nich prof. Achmatowicza, reprezentującego w Komisji ds. etyki w nauce Centralną Komisję ds. Stopni, którą oskarżam o brak dbałości o zachowanie obiektywizmu oraz łamanie przez siebie samą ustalonych procedur, nie wynika, że moje zarzuty wobec obu Komisji: i tej od etyki i tej od stopni, są bezzasadne. Otóż są zasadne. A ich zasadność wynika z faktów, a nie mataczenia kauzyperdy. W pismach Panu Profesorowi znanych, zawarłem dowody, których oczywistość uzna każdy, kto chce ustalić prawdę, a nie przykryć krętactwa prominentnych kolegów o znanych nazwiskach (niektórzy z nich są wyniesieni przez środowisko na ołtarze „autorytetów moralnych”) pozorami obiektywizmu i sprawiedliwości.

Podajmy kilka przykładów.

Zacznijmy od tego, że par. 5 pkt 2 Uchwały nr 1/2011 Komisji ds. etyki w nauce z dnia 18 lipca 2011 r.,  mówi iż „W przypadku stwierdzenia braków koniecznych informacji we wniosku lub załączonej dokumentacji Przewodniczący Komisji zwraca się do wnioskującego o uzupełnienie i wyznacza termin”. Nic mi nie wiadomo o tym, żeby Przewodniczący Komisji zwracał się do wnioskującego o dodatkowe informacje, stąd konkluzja, że Komisja uznała, iż dysponuje wszystkimi materiałami niezbędnymi do rozpatrzenia sprawy. Prof. Zoll powołał zespół orzekający i wyznaczył przewodniczącego – prof. Węgleńskiego. Było to zgodne z par. 6 pkt 1, wspomnianej Uchwały nr 1/2011.

Gdy piszę, że Janusz Tazbir i Lech Szczucki wybrani przez CK do recenzowania mojego dorobku podoktorskiego i książki hab., przyznający że są ze mną w sporze naukowym, stali się sędziami we własnej sprawie, a przeto nastąpił konflikt interesów, co w oczywisty sposób obciąża CK – to czy w świetle dowodów, które miał Pan Prezes do dyspozycji można było, bez żadnych postępowań wyjaśniającym orzec prawda to czy fałsz? Oczywiście można było! Obaj profesorowie, drwiąc z zasad obiektywizmu i dobrych praktyk, bez wahania przyjęli na siebie wygodną rolę sędziego i oskarżyciela zarazem. Czy stawia ich to w dobrym świetle? Nie, stawia ich to w świetle jak najgorszym. Dlaczego ani Komisja, ani też Pan Prezes nie chcecie uznać sprawy oczywistej?

Czy trzej członkowie komisji orzekającej, wiedząc doskonale o fakcie konfliktu interesów między oceniającymi a ocenianym, chociażby z recenzji Janusza Tazbira i Lecha Szczuckiego, które znajdują się w archiwach CK, napisali że „Komisja nie dostrzega w niniejszej sprawie konfliktu interesów między dr R. Kościelnym a recenzentami”, pisali prawdę czy mijali się z nią? Czy prof. Zoll, podpisując się pod tym orzeczeniem podpisał się pod zdaniem prawdziwym czy fałszywym? I dlaczego Pan, który wszystko to miał w mym piśmie wyłożone w sposób jednoznaczny i udowodniony, nie chciał opowiedzieć się za sprawą oczywistą?

Czy czytając, że „Komisja stwierdza, iż opinie wyrażone przez dra R. Kościelnego, że Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów >nie może być sędzią we własnej sprawie< należy zdecydowanie oddalić, jako nieodnoszące się do niniejszej sprawy”, nie musimy postawić pytania o powagę i wiarygodność Komisji do spraw etyki? Przecież Pan Prezes wie, przesłałem Panu stosowne materiały, że w piśmie do Komisji nie wyrażałem takiej opinii. Dlaczego Pan znów nie chciał opowiedzieć się w interesie faktów, w interesie prawdy?

Podobnie jest w przypadku, szczególnie pożałowania godnym, łamania własnych procedur postępowania przez CK.

Z innej strony. Czy np. rozmawiał Pan Profesor z dyr. IH PAN Wojciechem Kriegseisenem, Pańskim podwładnym, na temat powód dla których spłodził opinię, zawierającą sformułowania niegodne osoby przyzwoitej? Człowiek ten insynuował w swej recenzji do CK, że moja praca habilitacyjna mogła nie zostać napisana samodzielnie, zniżał się też do kłamstw, mataczenia. Wykazał, że posiada powierzchowną znajomość recenzowanego tematu – co nie przeszkodziło mu w wydaniu na mnie wyroku. Człowiek, którego nie znam, i mam nadzieję nigdy nie poznać, i któremu nic złego nie zrobiłem, używał argumentum ad personam, ubliżał mi. Czyż nie jest signum temporis, że taka osoba zarządza historykami zatrudnionymi w Akademii grupującej ludzi, którzy poszukują „prawdy, dobra i piękna”?

Pańskie pismo, zdaje się sugerować że Komisja nie mogła w satysfakcjonujący mnie sposób ustosunkować się do zarzutów, jakie stawiam recenzentom Centralnej Komisji ds. Stopni, bo nie ma w niej historyków a członkowie Komisji nie są kompetentni odnośnie do spraw, którymi się zajmuję. Ale ja pisałem przecież w liście do Pana Prezesa, że wiem o tym, stąd liczyłem na to, iż Przewodniczący Komisji prof. Zoll wytypuje takich kompetentnych specjalistów, którzy orzekną kto w sporze ma rację: ja czy opiniodawcy. Uprawnia go par. 6 pkt 3 Uchwały 1/2011 z 18 lipca 2011r.: „Przewodniczący Komisji na wniosek przewodniczącego zespołu orzekającego może zwrócić się do specjalistów o dokonanie ekspertyzy w rozpatrywanej sprawie”. Nic mi o tym nie wiadomo, żeby tacy specjaliści się wypowiadali, stąd wniosek, że trzej profesorowie uznali się kompetentnymi rozstrzygać specjalistyczne kwestie dotyczące kazań barokowych, braci polskich, świadomości politycznej szlachty okresu staropolskiego, bo m.in. tym zajmowałem się w swych pracach. To są fakty, odpowiedź w jakim świetle stawiają one Pańskie twierdzenie, że Komisja nie mogła, bo Komisja ma ograniczone możliwości, bo jej członkowie się akurat na tym nie znają, nasuwa się sama.

O tym, że dla Komisji wszystko było jasne i nie wymagało wielkich deliberacji świadczy też fakt, jak pospiesznie uporała się z przedstawionymi jej zarzutami pod adresem CK i jej recenzentów. 25 października 2011 r. został wyznaczony zespół orzekający, który już po sześciu tygodniach przedstawił wynik swojej pracy. Na tej podstawie16 grudnia 2011 r. Komisja do spraw etyki na posiedzeniu plenarnym przyjęła stanowisko w sprawie mojej skargi na CK oraz wyznaczonych przez nią recenzentów. W świetle Uchwały 1/2011 miała na to trzy miesiące, a gdyby zechciała powołać specjalistów zyskałaby jeszcze dodatkowy miesiąc( par. 7 pkt. 1 oraz 2). Miała do dyspozycji 16 tygodni, uwinęła się w 6.

Dzisiejsze państwo polskie trzyma się na chwiejnym fundamencie kłamstwa i strachu. Potwornego strachu, że oszustwa wyjdą na jaw. Potwornego, niegodnego człowieka, strachu, że ci którzy zaczną ujawniać łgarstwa, słono za to zapłacą (zostaną „zniszczeni”, „zgnojeni”). Jeszcze do niedawna, aby trzymać Polaków na krótkiej smyczy uwielbienia dla różnych politycznych celebrytów, pospiesznie wyniesionych do godności proroków, wystarczył mit założycielski – kłamstwo pierworodne III RP – czyli: okrągły stół jako historyczne porozumienie ludzi rozumnych w celu odbudowy kraju, które jest państwem prawa. Wystarczyły też pomniejsze mity, które miały zasłonić prawdziwe przyczyny poszczególnych karier i awansów różnych miernot w tym kraju. Dziś, gdy ten mit założycielski III RP się sypie został już tylko art. 212, traktujący o zbrodni obrazy majestatu i wynikające z niego represje, stojący na straży dobrego samopoczucia ludzi, którzy Polskę, w tym polską naukę, sprowadzili na manowce, sami przy tym pławiąc się w blasku kolejnych tytułów, stopni i intratnych stanowisk.

W Polsce, którą przez ponad dwadzieścia lat trzęsły autorytety moralne, rządzą strach i represje. Oraz szuflowane ze wszystkich stron kłamstwa. Dokładnie w taki sam sposób utrzymywał się Peerel, zwłaszcza w fazie końcowej – gnilnej. Co było dalej, Pan wie.

To fakt, że choć kłamstwo ma krótkie nogi, szybko nimi przebiera. Ale nawet najszybszego karaczana można w końcu dogonić. Bo kłamstwo jest śmiertelne, trwać wiecznie nie może. Padają kłamstwa rządu pana Donalda Tuska, jak również różnych Bolków, Anodin, „ludzi honoru i patriotów”: Kiszczaków i Jaruzelskich, za którymi stały o wiele potężniejsze siły niż za decydentami polskiej nauki, doprowadzającymi swoim samodzierżawiem najczcigodniejsze polskie uniwersytety: UJ i UW, na skraj przepaści. A inne w przepaść. Jak gdzieś wyczytałem – te pomniejsze (np. bliski mi, z racji wielu lat pracy w Instytucie Historii, Uniwersytet Szczeciński) mogą już tylko konkurować z ośrodkami naukowymi w krajach ogarniętych chaosem lub wojną domową, gdzie dochód na głowę wynosi 20$-40$ dolarów (Haiti, Sierra Leone).

Padną w końcu krętactwa bujnie rozplenione w korporacji, której jest Pan prominentnym przedstawicielem. I – wierzę w to głęboko – trzęsący nauką polską od czasów wczesnego Gomułki oraz ich klony, odpowiedzą za stan tej zapaści. A np. pan prof. Tadeusz Kaczorek, który z taką dezynwolturą mówił w Sprawach Nauki (8/9 2007) o patologiach występujących w CK, której jest szefem, a wcześniej był wiceszefem, będzie musiał to powtórzyć przed wymiarem sprawiedliwości, odpowiadając również na niewygodne pytanie: dlaczego choć wiedział o nieprawidłowościach w podległej sobie instytucji, nie poinformował odpowiednich organów państwowych, których funkcjonariuszom płacą za zwalczanie patologii?

Mówi się że Polska nauka jest niebywale wręcz skostniała, scentralizowana, sformalizowana. Archaiczna. Ma to jednak i dobrą stronę. Tym łatwiej przyjdzie wskazać winnych, stosownie do „zasług” potraktować a ich klony – excuse le mot – posłać do wszystkich diabłów. Materiałów i dowodów jest aż nadto. Takich spraw jak moja jest mnóstwo. Takie wykrętne, mataczone, odpowiedzi, jakie otrzymuję od siedmiu lat, walcząc z łajdactwem, padają równie często. Wytwarzali je i wytwarzają obdarzeni niebotyczną pychą, bezgranicznie ufni w swoją bezkarność i omnipotencję na wyznaczonym im odcinku systemu nauki, ci różni wieloletni przewodniczący, członkowie i recenzenci (np. CK), dyrektorzy instytutów (np. PAN), kierownicy i członkowie nieprzeliczonych komisji (państwowych i resortowych) do utrzymania wysokiego (sic!) poziomu naukowego i etycznego pracowników uniwersytetów. Czym jeśli nie niebotyczną pychą i bezgraniczną pewnością, że włos mu z głowy nie spadnie, można wytłumaczyć wzmiankowane auto da fe prof. Kaczorka ?

Z Polski wyjechało na Zachód w poszukiwaniu pracy ok. miliona ludzi. Niektóre dane mówią już o dwu milionach młodych Polaków, którzy podjęli tam pracę, często znacznie poniżej swoich możliwości intelektualnych i zdolności. Ilu spośród nich – zauważmy, że rekordowe bezrobocie dotyka województwa z silnymi ośrodkami uniwersyteckimi: 57% lubelskie – 56% małopolskie – to ludzie z wyższym, akademickim, wykształceniem? A ilu spośród nich to młodzi, którzy mogliby zasilić swoją energią i talentem zwiędłe kadry naukowe? Iluś tam spośród nich na pewno zasili naukę: w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Francji, czyli w tych państwach w których nauka kwitnie – ale nie w Polsce. Bo w Polsce jeżeli coś kwitnie, to skarlałe – niczym drzewka bonsai, choć nie tak urokliwe – organizmy proste wykluwające się na stosie nawozu sitw i układów, jakim jest III RP; bo w światku polskiej nauki jeżeli coś się nawarstwia i spiętrza, to geriatria naukowa. Polska nauka w rankingach innowacyjności wlecze się w ogonie, razem z państwami nazywanymi niegdyś trzeciego świata. Tak jak one zasobna w bonzów, mandarynów i pomniejszych lokalnych kacyków, a pod względem realnych osiągnięć uboga, wręcz głodująca.

Mówiąc o naukowej geriatrii nie chodzi o wiek (a w każdym razie: nie tylko), bo chwalić Najwyższego, są w Polsce profesorowie i w poważnym wieku i o równie poważnym dorobku – chodzi o tę archaiczność, o tę skorupę nawarstwiającą się od czasów „samogonnych Mefisto” i „wnucząt Aurory”, która dusi wszystko co twórcze, a bezwzględnie likwiduje, to co twórcze i nonkonformistyczne. Są oczywiście wyjątki, dzięki którym tym bardziej widać regułę. Młodzi nie mają siły, żeby przebijać się przez zwarte szeregi pewnych siebie huncwotów. Młodym czasu szkoda, życia szkoda. Zamiast bić głową w beton, wolą pracować, realizować się, żyć – po prostu – w państwach poważnych, cywilizowanych, których elit nie skaziło ukąszenie Hegla, później Urbana i w końcu Palikota. Których nie wyniósł w górę wiatr ze Wschodu. Których mistrzowie i mentorzy nosili lakierki, a nie walonki, a w kieszeniach marynarek mieli pióra i notatniki, a nie mauzery oraz legitymacje PPR a później PZPR.

Ale furda fakt, że młodzi Polacy będą zasilać swoimi podatkami system emerytalny bogatych krajów, furda tam rozwój nauki, furda młodzi zdolni, naiwnie wierzący w ideały. Nie podoba się? To fora ze dwora! Bo właśnie o te „dwora” chodzi. O to, żeby architekci, budowniczy i beneficjenci tej zarobaczonej szopy (szopki?) jaką jest system, mogli spokojnie czerpać do końca swoich dni z nagromadzonych przez lata fruktów: godności „niekwestionowanych autorytetów”; szacunku przynależnego wieloletnim rektorom, dziekanom uniwersytetów, dyrektorom naukowych instytucji, czy redaktorom naczelnym poważnych czasopism naukowych; oraz – dzięki trzymaniu w swych rękach kilku, dobrze płatnych, etatów – sytych emerytur. Chodzi też o to, żeby klony tych „wybitnych specjalistów o uznanym w środowisku autorytecie naukowym”, moszczące się na zwolna opróżnianych dla nich miejscach, mogły doczekać spokojnie do zasłużonej emerytury, nie niepokojeni przez konkurencję. I oczywiście wypuścić swoje „latorośla”. Już zupełnie odarte z czci, honoru i rozumu.

Warto jednak mieć nadzieję, że Polacy nie dopuszczą do sytuacji, w której wszystko co ojczyzna ma młode, żywe, twórcze, niezależne od sitw opuści kraj i będzie realizować się w państwach cywilizowanych, a na miejscu zostaną jedynie urzędnicy wszystkich szczebli administracji rządowej i samorządowej, sędziowie i prokuratorzy, komornicy sądowi oraz właśnie te „wybitne autorytety naukowe”, których kompetencji nikt nie będzie kwestionował, bo wszyscy którzy to robili dawno wyjechali z kraju. Chcąc albo nie chcąc.

Robert Kościelny

Do wiadomości:

Prof. Ryszard Terlecki – wiceprzewodniczący Podkomisji stałej ds. nauki i szkolnictwa wyższego.

Niezależne Forum Akademickie

Forum Akademickie

Sprawy Nauki

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Zespół ds. Dobrych Praktyk Akademickich

Robert Kościelny a Komisja ds. Etyki w Nauce PAN

Komisja Nieetyczna

Robert Kościelny

W październiku 2011 r., wysłałem pismo do niedawno powołanej Komisji ds. Etyki w Nauce przy PAN w Warszawie, której przewodniczącym jest prof. Andrzej Zoll. Dnia 25 października 2011 r., KdsEwN skierowała sprawę do komisji orzekającej w składzie: prof. Piotr Węgleński – przewodniczący oraz profesorowie: Andrzej Białynicki-Birula i Franciszek Ziejka.

(Sprawy wpływające do Komisji ds. Etyki w Nauce – tabela w pdf) 

W piśmie (poniżej) zawarłem zarzuty wobec CK ds. Stopni i Tytułów oraz wyznaczonych przez nią recenzentów. Wobec Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów zarzuty były trzy: naruszenie zasady mówiącej, że „nikt nie jest sędzią we własnej sprawie” poprzez wyznaczenie na recenzentów osób, z którymi jestem w sporze merytorycznym. Naruszenia obowiązku dopilnowania, żeby druga podstawowa zasada utrzymania bezstronności: konieczność wysłuchania drugiej strony, nie stała się farsą. Trzeci zarzut mówił o naruszeniu Statutu postępowania Centralnej Komisji, przyjętego dn. 19 kwietnia 1991 r., który w par. 14 mówi, że autorzy poszczególnych recenzji znani są jedynie organom Centralnej Komisji prowadzącej postępowanie.

Był też zarzut wobec przewodniczącego CK, prof. Tadeusza Kaczorka, który mimo iż poinformowany przeze mnie o zaistnieniu nieprawidłowości w postępowaniu podległej mu instytucji, nie okazał zainteresowania sprawą.

Było też kwestionowanie etyki intelektualnej ( a w trzech przypadkach również zwykłej ludzkiej przyzwoitości) recenzentów wyznaczonych przez CKdsSiT: Janusza Tazbira, Lecha Szczuckiego, Wojciecha Kriegseisena, Janusza Maciuszko oraz Henryka Gmiterka. Profesorowie ci naruszyli normy etyczne w działalności opiniodawczej oraz przekroczyli granice kompetencji recenzenckiej. W trzech przypadkach, również zdrowego rozsądku i ludzkiej przyzwoitości, co w normalnej sytuacji powoduje utratę zdolności honorowych. Chcę to bardzo mocno podkreślić.

Wymieniłem, oczywiście skrótowo, na czym polega, mówiąc uprzejmie dla tych panów (zwłaszcza dla tych trzech panów), brak obiektywizmu i przyzwoitości w wystawionych przez nich opiniach dla Centralnej Komisji. Kto ciekaw szczegółów niech sięgnie po zamieszczone niżej pismo do Komisji ds. Etyki.

Jednej rzeczy nie napisałem w tekście do Komisji ds. Etyki w Nauce, ale chcę ją tu dodać. W naukach historycznych, podobnie jak w innych naukach humanistycznych, bardzo ważne są „szkoły”, czy środowiska badawcze. Otóż cała piątka opiniodawców wyznaczonych przez CK pochodzi ze środowiska skupionego wobec „Odrodzenia i Reformacji w Polsce”, któremu jestem przeciwny.

Odpowiedź Komisji ds. Etyki w Nauce otrzymana przeze mnie 16 stycznia 2012 r. (również do wglądu poniżej) jest krótka: zarzuty wobec recenzentów „nie znajdują potwierdzenia w dokumentach sprawy”. W jakich dokumentach – nie napisano. Czy powołano ekspertów (jeżeli tak to jakich, jak argumentowali)? Czy też „dokumenty sprawy” znaleziono w archiwum CK, czyniąc tym samym Komisję ds. Stopni sędzią w swojej sprawie?

Następnie napisano, że „Komisja nie dostrzega też w niniejszej sprawie konfliktu interesów między dr R. Kościelnym a recenzentami”. Każdy kto sięgnie po mój list do Komisji ds. Etyki, przyzna że creme de la creme polskiej etyki naukowej wyraził opinię dziwną. Jeżeli stwierdzenie „nie dostrzegać”, potraktujemy w tym wypadku jako synonim stanowiska: „nie uznawać, bo do sytuacji konfliktu interesów nie doszło”, to musimy dojść do wniosku, iż członkowie komisji orzekającej w składzie: Węgleński, Białynicki-Birula i Ziejka uznali w swym sumieniu za stosowne minąć się z prawdą. Albo nic nie uznali, tylko tak sobie napisali, żeby sprawę utrącić i mieć problem z głowy.

Również w trzecim zdaniu, wydający postanowienie nie trzymają się faktów: „opinie wyrażone przez dra R. Kościelnego, że Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów >nie może być sędzią we własnej sprawie< należy zdecydowanie oddalić, jako nieodnoszące się do niniejszej sprawy”. Każdy kto umie czytać po polsku, a cnoty tej nie śmiem odmawiać panom profesorom zajmującym się sprawą, i przeczytał list ze zrozumieniem litery i intencji, wie że nie Komisję o to posądzam, a recenzentów Komisji, natomiast CK posądzam o to, że nie zadbała (a przez to doprowadziła do złamania zasady nemo iudex in causa sua), aby do takiej sytuacji nie doszło: „Komisja złamała zasadę wyznaczając opiniodawców (…), z którymi jestem w ostrym sporze naukowym (…) w sposób oczywisty [doprowadzając] do sytuacji konfliktu interesów”.

Proszę zwrócić uwagę: trzy zdania postanowienia Komisji ds. Etyki w Nauce i dwie ewidentne nieprawdy oraz jedno nic niemówiące stwierdzenie.

A gdzie ustosunkowanie się do innych zarzutów wobec CK, wobec szefa CK, wobec recenzentów CK?

Nadzieje jakie wyraziłem w liście przewodnim (zobacz poniżej) do prof. Andrzeja Zolla, szefa Komisji ds. Etyki w Nauce, okazały się płonne.

Oto w naszym kraju pojawiła się kolejna instytucja do „ściemniania”. Bo Komisja ds. Etyki w Nauce nie jest ani Komisją, ani ds. Etyki, ani w Nauce. Mimo namnożonych ciał ds. etyki oraz kodeksów do tychże spraw, dobrych obyczajów w nauce polskiej jak nie było tak nie ma.

W Polsce licznych instytucji, komitetów, komisji, ciał doradczych, opiniujących, recenzujących, przyzwalających, udzielających, reglamentujących, jak też mrowia urzędników i stołkowych wyznaczonych do ich obsługiwania, trudno znaleźć takie, które stworzono by po to, żeby ułatwiać obywatelom życie. One są po to, żeby je ułatwiać określonym obywatelom. Dlatego, wszystko czego dotknie się obywatel nieokreślony staje się orką na ugorze: pracą długotrwałą, ciężką i bezowocną. Chyba, że chodzi o przywalenie obywatelowi nieokreślonemu – wtedy instytucje naszego państwa dostają natychmiast wigoru, twórczego zapału. A ich urzędnicy zdają się działać jakby pod wpływem (takich czy innych) dopalaczy. Sprawę załatwia się natychmiast, a represja spada nieuchronnie i jest bardzo bolesna.

Nie wiem czy Państwo również tak odbieracie naszą rzeczywistość zarówno tą naukową jak i dnia codziennego. W każdym bądź razie zapraszam do wymiany poglądów.

Robert Kościelny Szczecin 16 października 2011 r.

Żołnierska 51a/8

71-210 Szczecin

tel. 721770889

robertpiotrkl@op.pl

Prof. dr hab. Andrzej Zoll

Przewodniczący Komisji do Spraw Etyki w Nauce PAN

Dnia 29 czerwca 2004r. Rada Wydziału Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, po przeprowadzeniu kolokwium habilitacyjnego, podjęła uchwałę o nadaniu mi stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk humanistycznych. Centralna Komisja Do Spraw Stopni i Tytułów odmówiła zatwierdzenia powyższej uchwały decyzją z dnia 25 kwietnia 2005r. W wyniku mej apelacji Centralna Komisja, po ponownym rozpatrzeniu sprawy, decyzją z dnia 27 marca 2006r., podtrzymała wcześniejsze, negatywne dla mnie, rozstrzygnięcie. Centralna Komisja wydała werdykt bazując na opiniach profesorów: Janusza Tazbira, Lecha Szczuckiego, Wojciecha Kriegseisena, natomiast podtrzymując go oparła się na recenzjach profesorów: Janusza Maciuszko i Henryka Gmiterka.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, na posiedzeniu dn. 14 września 2006 r., oddalił moją skargę na decyzje CK. Naczelny Sąd Administracyjny, na posiedzeniu dn. 8 października 2007 r., odrzucił moją skargę kasacyjną wyroku WSA w Warszawie. Oba Sądy podniosły, że nie odnoszą się do merytorycznych zarzutów dotyczących recenzji: „sąd administracyjny dokonuje jedynie kontroli zgodności z prawem zaskarżonego aktu organu administracji”. Takie stanowisko nie mogło mnie satysfakcjonować, wszak mój podstawowy, choć nie jedyny (zob. niżej), zarzut dotyczył braku obiektywizmu recenzentów oraz ich nieznajomości prac, które przyszło im oceniać.

Pragnę zgłosić fakt naruszenia przez Centralną Komisję ds. Stopni i Tytułów podstawowej zasady prawnej, mówiącej że nikt nie jest sędzią we własnej sprawie, oraz naruszenia obowiązku dopilnowania, żeby druga podstawowa zasada utrzymania bezstronności: konieczność wysłuchania drugiej strony, nie stała się farsą; jak też naruszenia Statutu postępowania CK, przyjętego dn. 19 kwietnia 1991 r., który w par. 14 mówi, że autorzy poszczególnych recenzji znani są jedynie organom Centralnej Komisji prowadzącej postępowanie. Przewodniczący CK, prof. Tadeusz Kaczorek, mimo iż poinformowany o zaistnieniu nieprawidłowości w postępowaniu podległej mu instytucji, nie okazał zainteresowania sprawą.

Pragnę również zgłosić, że wyznaczeni przez CK do zrecenzowania mojego dorobku podoktorskiego i pracy habilitacyjnej profesorowie: Janusz Tazbir, Lech Szczucki, Wojciech Kriegseisen, Janusz Maciuszko, Henryk Gmiterek naruszyli normy etyczne w działalności opiniodawczej oraz przekroczyli granice kompetencji recenzenckiej.

Uzasadnienie.

Centralna Komisja Do Spraw Stopni i Tytułów złamała podstawową zasadę prawną: nemo iudex in causa sua, wyznaczając na opiniodawców Janusza Tazbira oraz Lecha Szczuckiego, z którymi jestem w ostrym sporze naukowym (przyznał to w swej recenzji prof. Tazbir, jak też, pośrednio, prof. Lech Szczucki). CK zbagatelizowała fakt, że w sposób oczywisty doprowadza do sytuacji konfliktu interesów.

Przekształcenie się zasady audiatur et altera pars w farsę widać w recenzjach Janusza Maciuszko oraz Henryka Gmiterka (na ustosunkowanie się do dwu arkuszy [80 tys. znaków] argumentów i wyjaśnień – złożonych prof.: Tazbirowi, Szczuckiemu i Kriegseisenowi – Maciuszko i Gmiterek poświęcili w swych opiniach symboliczną ilość miejsca, starczącego zaledwie na kilka ogólnikowych stwierdzeń, świadczących, iż recenzenci są stroną w sporze), jak też w braku ustosunkowania się CK do mojej odpowiedzi na recenzje Maciuszko i Gmiterka. (prawie arkusz – 32 tys. znaków).

Naruszenie Statutu przez CK polega na tym, że, bardzo ostrożnie mówiąc, przynajmniej dwaj recenzenci znali przynajmniej po jednym nazwisku recenzentów wytypowanych przed nimi przez CK do wypowiedzenia się w mojej sprawie: Janusz Maciuszko znał nazwisko Wojciecha Kriegseisena a Henryk Gmiterek Janusza Tazbira.

Przewodniczący CK prof. Tadeusz Kaczorek – poinformowany przeze mnie, w piśmie z 13 grudnia 2007 r., o opisanych powyżej nieprawidłowościach – w odpowiedzi z dn. 16 stycznia 2008 r., podpisanej przez prof. Osmana Achmatowicza, nie ustosunkował się do zarzutów. Poza tym, we wzmiankowanym piśmie pojawia się nieprawdziwe stwierdzenia, że zarzucam opiniodawcom CK zmowę. Nie mam na to dowodów. Natomiast mam, i je przedstawiłem w piśmie do prof. Kaczorka, dowody na niemerytoryczność ocen, które zaważyły na negatywnym wyniku postępowania w sprawie zatwierdzenia habilitacji. Na to również nie doczekałem się odpowiedzi, bo nie jest nią deklaracja, iż „do ich [recenzentów] ocen mamy pełne zaufanie”, albowiem są to „wybitni specjaliści o uznanym w środowisku autorytecie naukowym”. Wszak również autorytety mogą kierować się w swych ocenach motywami pozamerytorycznymi, zwłaszcza w sytuacji, gdy uznają, że osoba oceniana kwestionuje niektóre z ich, powstałych wiele lat temu, tez. Na tę praktykę przewodniczącego CK, pragnę również zwrócić uwagę.

Prof. Janusz Tazbir.

Postąpił wbrew dobrym obyczajom w nauce, przyjmując do recenzji prace autora, z którym jest od lat w ostrym, merytorycznym, sporze.

Przekroczył kompetencje recenzenckie, pisząc, że zamieszczam swoje artykuły w „Arcanach”, periodyku posiadającym „bardzo określony profil polityczny”.

Napisał nieprawdę, że w wymienionym dwumiesięczniku uprawiam „apologię dawnej Polski”.

Napisał nieprawdę twierdząc że moje badania zabarwione są „nalotem opcji politycznych oraz wyznaniowych uwarunkowań”.

Te stwierdzenia prof. Tazbira, który był superrecenzentem, miały znaczący wpływ na dalszy, negatywny dla mnie przebieg procedury zatwierdzającej tytuł naukowy. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że mimo bardzo dobrych recenzji trzech opiniodawców wyznaczonych przez Wydział Historii Kościoła PAT w Krakowie, bardzo dobrym wyniku głosowania Rady WHK PAT nad nadaniem mi stopnia doktora habilitowanego oraz ostatecznie pozytywnej opinii superrecenzenta – Janusz Tazbir poparł wniosek o nadanie mi stopnia – Sekcja Humanistyczna CK, po krótkiej wymianie zdań, w której najważniejszym było stwierdzenie prof. Morawskiego, że dziwi się, iż konkluzja superrecenzenta jest pozytywna, mimo negatywnego wydźwięku całości opinii, odrzuciła wniosek o nadanie tytułu, powołując dwu kolejnych recenzentów. Zostali nimi profesorowie: Lech Szczucki i Wojciech Kriegseisen.

Prof. Lech Szczucki.

Również wystąpił przeciwko etyce naukowej, zgadzając się opiniować autora, który odrzucał niektóre z jego ustaleń. O tym jak wielkie znaczenie miał ten fakt, na przebieg wywodów recenzenta, świadczy to, iż na sześć stron recenzji, aż dwie poświęcił moim krytycznym uwagom jakie poczyniłem, w jednej ze swych monografii (z 1997 r.), na temat ustaleń dokonanych przez Lecha Szczuckiego zawartych w jego artykule (z 1974 r.). Dla porównania: na temat książki habilitacyjnej prof. Szczucki wypowiedział się na półtorej strony. Są to zresztą opinie bardzo ogólnikowe, świadczące że Lech Szczucki nie zapoznał się z pracą; nie potrafi nic istotnego powiedzieć na temat jej zasadniczych celów i ustaleń.

Lech Szczucki insynuuje mi, że kieruję się w swych badaniach względami ideologicznymi, pisząc o „ideologicznych konstrukcjach”, na których jakoby opieram swe ustalenia. Nie wyjaśnił jednak jakie „konstrukcje ideologiczne” ma na myśli.

Dr hab. Wojciech Kriegseisen

Rozpoczął swój recenzencki wywód od insynuacji, mówiącej że praca habilitacyjna mogła mieć współautora. Nie uszło to uwadze Sekcji Humanistycznej CK. Kolejny recenzent (prof. Janusz Maciuszko), napisał: „Nie jest mi znana żadna okoliczność mogąca świadczyć o (…) współautorstwie [recenzentów powołanych w PAT – R.K.] tekstów z habilitantem”.

Wojciech Kriegseisen, i jest to charakterystyczna cecha jego recenzji, często mija się z prawdą. Wystarczy skonfrontować to co twierdzi na temat przebiegu kolokwium, lub treści zawartych w mych publikacjach, ze stanem faktycznym (stenogramem przebiegu kolokwium oraz mymi publikacjami), żeby stwierdzić jak często prof. Kriegseisen, depcze zasady przyzwoitości (badacza i człowieka). Również wtedy, gdy przekraczając kompetencje recenzenta, wypowiada się w sposób urągliwy, ubliżający na temat mojej dojrzałości intelektualnej.

O tym, że dr hab. Kriegseisen potrafi wprawić w zdumienie, niech świadczy również fakt, że o pracach, pojawiających się m.in. w renomowanym „Kwartalniku Historycznym”, które przyjmował jako sekretarz Redakcji KH, chwaląc ich wartość merytoryczną, pisze teraz jako o „miernych”.

W związku z odwołaniem się od decyzji CK i zakwestionowaniem zarzutów stawianych mi przez w/w profesorów, Sekcja Humanistyczna wyznaczyła kolejnych opiniodawców, w osobach prof. Janusza Maciuszko i Henryka Gmiterka.

Prof. Janusz Maciuszko

Manipuluje jednoznacznie pozytywnymi opiniami wyznaczonych przez PAT recenzentów, chcąc po prostu ukryć fakt, wielce korzystnych dla mnie decyzji trzech profesorów (Stanisława Litaka z KUL, Jana Kracika z PAT oraz Mariusza Markiewicza z UJ). Jak inaczej ocenić sytuację, w której, to co opiniodawcy PAT (poznaliśmy się dopiero 29 czerwca 2004 r., na kolokwium habilitacyjnym. Do tego czasu nie rozmawialiśmy na temat opinii przekazanych Radzie WHK PAT – chcę to z całą mocą podkreślić) nazwali „uchybieniami nie podważającymi walorów pracy”, Janusz Maciuszko określił mianem „poważnych uchybień”, na które, według Maciuszko, mieli zwrócić uwagę recenzenci. O tym, że opiniodawcy PAT przede wszystkim podnosili wysoki poziom mojego dorobku, świadczącego o „dojrzałości intelektualnej badacza”, Janusz Maciuszko nie wspomniał.

Janusz Maciuszko, wzorem Janusza Tazbira i Lecha Szczuckiego, insynuuje mi, że kieruję się motywacjami pozanaukowymi. W tym miejscu pragnę zauważyć, iż przyznający mi wyróżnienie w konkursie Fundacji Ekumenicznej „Tolerancja”, za książkę „Problem tolerancyjności kontrreformatorów w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku”, profesorowie Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej Karol Karski oraz Tadeusz Koszarawski, nie dostrzegli stronniczości wyznaniowej (katolickiej – jak można sądzić z enuncjacji wspomnianych recenzentów CK), która miała, według prof. Maciuszko, występować również w tej pracy. O tym, że w badaniach kieruję się motywacją naukową świadczy też pochlebna opinia prof. Stanisława Obirka w Tygodniku „Polityka”, na temat książki „Rzeczpospolita oskarżanych narodów”. Prof. Obirka trudno uznać za katolickiego zelotę. Pomijam już, fakt oczywisty, że recenzenci PAT, to wszak badacze, a nie propagandyści wyznaniowi.

Janusz Maciuszko ujawnia swą ignorancję odnośnie do spraw na temat których się wypowiada, m.in. wtedy, gdy zarzuca mi (zresztą podobnie jak Kriegseisen), że nie dokonuję analizy kazań barokowych ze względu na pochodzenie geograficzne oraz zakonne autorów kazań. Gdyby Maciuszko wiedział o czym mówi, nie przedstawiałby takich zarzutów, gdyż treści kazań barokowych były homogeniczne – niezależnie skąd pochodził duchowny i z jakiego pochodził zgromadzenia zakonnego, treści poruszane w mowach ambony były zawsze takie same. Sprawa jest powszechnie znana badaczom kazań (vide: prof. Janusz Drob), pisałem o tym w książce habilitacyjnej: „Rzeczpospolita oskarżanych narodów”. Ale autor, wzorem innych recenzentów CK jej nie przeczytał. Podobnie jak monografii „Problem tolerancyjności”, gdyż nie pisałby wtedy, że „Dziwi ogromnie, że Habilitant nie sięga do najbardziej oczywistego zabiegu – analizy leksykalnej i etymologicznej tego terminu. Nie rozgranicza tolerancji osób i poglądów…”. (Przykł. zob, R. Kościelny, „Problem tolerancyjności…” s. 32, przyp. 55. Tam też, oraz w artykułach dowód, że „rozgraniczam tolerancję osób i poglądów”). Moje prace recenzent przekartkował, co najwyżej, szukając w nich słabych stron („haków”). Uwaga ta w równym stopniu dotyczy pozostałych recenzentów.

Janusz Maciuszko przekroczył kompetencje recenzenckie, oceniając mój charakter (arogancja, ironia), który jakoby wyłania się z mych prac i z odpowiedzi trzem wcześniejszym recenzentom CK.

Janusz Maciuszko przekroczył też granice przyzwoitości, twierdząc że praca habilitacyjna to, w gruncie rzeczy, zbiór cytatów („litania cytatów”, jak był łaskaw ująć), nie zawierająca myśli syntetyzujących.

Oceniając lakonicznie odpowiedzi udzielone wcześniejszym recenzentom, nie zachował obiektywizmu, był stroną w sporze.

Prof. Henryk Gmiterek

Powyższe zarzuty dotyczą też ostatniego z opiniodawców. Nie chcąc rozszerzać rozmiarów i tak dość obszernego pisma, jako ilustrację „obiektywizmu” Henryka Gmiterka i braku uprzedzeń do osoby ocenianej, powiem tylko, że recenzent insynuuje mi „stany emocjonalne”, ujawniające się w odpowiedzi Januszowi Tazbirowi. Nie wyjaśnia o jakie „stany” mu chodzi. Dobrym przykładem swoiście pojmowanej rzetelności recenzenckiej profesora z UMCS niech będzie następujący passus: „za przyjęciem kolokwium głosowało 17 osób, 2 były przeciw, 4 wstrzymały się od głosu (a więc 35% obecnych członków Rady nie akceptowało jej rezultatów), niewiele lepiej wypadło głosowanie za nadaniem stopnia doktora habilitowanego (za 18, 1 przeciw, 4 wstrzymujących się). Ten rezultat głosowania uważam za wielce wymowny”. Po kropce, mamy nowy akapit, w którym autor streszcza zarzuty wcześniejszych recenzentów „CKdSSiT” i jednoznacznie stwierdza, „że zarówno te ogólne, jak i szczegółowe zastrzeżenia w zdecydowanej większości podzielam i akceptuję”. Jest to jedyny argument ze strony Gmiterka, na rzecz prawdziwości zarzutów wcześniejszych recenzji.

Podobnie jak Maciuszko, Gmiterek bardzo lakonicznie odniósł się do mych obszernych odpowiedzi recenzentom, co gorsza, jak wspomniałem, sugerował występujące w nich „stany emocjonalne”. W odpowiedzi na dwa arkusze argumentów i wyjaśnień udzielonych poprzednikom Gmiterka, słyszymy jedno (!) zdanie: „[Kościelny] nie przekonuje mnie”. Tu najdobitniej uświadamiamy sobie, jaką w praktyce fikcją jest stwierdzenie, że habilitant może polemizować. Może, tylko co dobrego z tego wynika? Nic! Jedynie wspomniany już fakt, iż zasada audiatur et altera pars jest w tym wypadku farsą.

Mam nadzieję, że zawarte w piśmie uwagi mogą być podstawą do zajęcia oficjalnego stanowiska przez Przewodniczącego Komisji ds. Etyki w Nauce prof. Andrzeja Zolla, jak też przez samą Komisję. Obszerniej w sprawie wypowiadam się we wspomnianym piśmie do Przewodniczącego CK prof. Tadeusza Kaczorka, a zwłaszcza w odpowiedziach udzielonych recenzentom wyznaczonym przez Sekcję Humanistyczną CK.

Z poważaniem

Robert Kościelny

Załączniki:

  1. Recenzja prof. Janusza Tazbira

  2. Recenzja prof. Lecha Szczuckiego

  3. Recenzja dr. hab. Wojciecha Kriegseisena

  4. Recenzja prof. Janusza Maciuszko

  5. Recenzja prof. Henryka Gmiterka

  6. Odpowiedź Przewodniczącego CK prof. Tadeusza Kaczorka

  7. List gratulacyjny Fundacji Ekumenicznej „Tolerancja”

 ♠

Prof. dr hab. Andrzej Zoll

Szanowny Panie Profesorze,

Bardzo dziękuję Panu, jako Przewodniczącego Komisji ds. Etyki w Nauce PAN oraz członkom Komisji. za zainteresowanie się problemem.

Od kilku lat daremnie staram się o przedstawienie mej sprawy na forum mogącym w sposób niezależny, nieuprzedzony i kompetentny, stwierdzić kto w sporze toczonym przeze mnie od lat kilku z Centralną Komisją oraz jej recenzentami ma rację. Czyje decyzje i opinie pojawiające się w tym sporze wyłamują się z reguł określających zasady przyzwoitości naukowej oraz obiektywizmu niezbędnego do prawidłowej oceny dorobku naukowego.

Ufam, że w osobie Pana Profesora oraz członków Komisji ds. Etyki w Nauce, znajdę instancję, która podejmie trud zajęcia stanowiska w przedstawionej w piśmie sprawie.

Z wyrazami szacunku

Robert Kościelny