Kiedy zostanę przeproszony za wypędzenie ?

Kiedy zostanę przeproszony za wypędzenie ?

Screen Shot 03-23-18 at 10.33 AM

Kiedy zostanę przeproszony za wypędzenie ?

Na okoliczność 50 rocznicy 68 r. w przestrzeni publicznej było wiele o skutkach komunistycznej, antysemickiej nagonki, która spowodowała masowy wyjazd kilkunastu tysięcy osób pochodzenia żydowskiego. Ten proces określano zwykle wypędzeniem, podkreślając krzywdy tych, którzy opuścili Polskę, oraz straty jakie poniosły polskie elity. Za Marzec przepraszał Prezydent, mimo że w tym znamiennym 68 roku jeszcze go nie było na świecie.

W mediach można było znaleźć artykuły pokazujący Marzec 68 w świetle bardziej zbliżonym do prawdy, ale jakoś nie było tekstów, które by porównywały exodus żydowski roku 68 zwany wypędzeniem, z exodusem Polaków w czasach wojny jaruzelsko-polskiej (zapomniane lata 80-te ubiegłego stulecia] kiedy z Polski ze względu na sytuacje polityczną, zniewolenie, wyjechało wielokrotnie więcej Polaków. Nie musieli wyrzekać się obywatelstwa polskiego, ale czasem byli zaopatrzeni w paszport w jedną stronę. Inni pozostali w kraju, choć zostali wypędzeni z zakładów pracy, także z uczelni.

Podkreślając straty intelektualne związane z rokiem 68 [wyjazdy instalatorów i propagatorów systemu komunistycznego] nie przypominano o stratach intelektualnych po wypędzeniu z uczelni w latach 80-tych,  tych, którzy mieli nastawienie antykomunistyczne.

Piszę o tym od lat [https://blogjw.wordpress.com/] , przesyłałem najrozmaitsze petycje/postulaty/informacje/ liczne, bardzo liczne teksty, czy to do organów władzy [ministerstwa nauki], czy decydentów akademickich/historyków, czy do organizacji solidarnościowych/kombatanckich, aby przynajmniej doszło do badań nad historią tego procesu i skutków wypędzania polskich elit z systemu akademickiego, choć nie zawsze za granice Polski.

I nic. Bez skutku !

Nie ma woli poznania ! Brak kompetencji/ właściwości/czasu/intelektualnych możliwości, co wskazuje jasno na skutki tych wypędzeń.

Skoro wypędzono tych, którzy mieli kompetencje/właściwości/potencjał intelektualny, a przede wszystkim moralny, to rzecz jasna,  pozostałość po tym wygnaniu nawet mocy poznania tego procesu nie ma.

Nie mam szans aby oszacować te straty, bo dostęp do najważniejszych źródeł poznania jest zamknięty [prawo stanu wojennego nadal nad Konstytucją III RP !]

Mimo starań o możliwość zbadania skutków komunizmu dla nauki/edukacji wyższej zgody na poznanie prawdy nie otrzymałem, nie mówiąc o wsparciu.

Ilościowo jednak te straty były znaczące, bo w ich wyniku powstała luka pokoleniowa, elity skarlały, a poziom nauki i edukacji wyższej spadł zdecydowanie, co nie jest tylko moim wrażeniem, ale co podkreślają także ci, którzy za ten spadek odpowiadają, choć do swojego udziału w tym spadaniu się nie przyznają.

Jednakże o tych wypędzeniach się nie mówi. Wypędzenie z uczelni w 68 r. komunistów – to hańba i wielka strata dla Polski, wypędzenie z uczelni antykomunistów w latach 80-tych to rutynowe działania, per saldo korzystne dla uczelni !

Jestem świadkiem i ofiarą tych wydarzeń, ale nikt z etatowych naukowców/historyków/dziejopisarzy, a nawet bajkopisarzy czy dziennikarzy, których wśród etatowców nie brakuje, nie miał do tej pory zamiaru aby z moimi świadectwami osobiście się zapoznać. Nie podjęto do tej pory ani dyskusji, ani rzetelnej, merytorycznej krytyki.

Pełne wykluczenie ! trwające od wypędzenia, mimo medialnego upadku komunizmu.

Nawet ci, którzy są negatywnie ustosunkowani do układu pookrągłostołowego między wierchuszką komunistyczną i solidarnościową, zupełnie ignorują wsparcie tego układu przez doły solidarnościowe i partyjne, bez czego nie można by było utworzyć takiej III RP jaka została utworzona, i w której komuniści przez lata byli górą ( i wielu nadal jest) a niewygodni antykomuniści nadal na wygnaniu/marginesie, wymazywani z historii i pamięci.

Haniebne polityczne, pozamerytoryczne czystki, eliminowały antykomunistycznie nastawianych nauczycieli akademickich, niewygodnych dla przewodniej siły narodu, stanowiących dla niej i dla całego systemu zagrożenie, bo w konfrontacji z ich potencjałem intelektualnym i moralnym traciła ona swą siłę przewodnią.

Decydenci uniwersytetu nazywają to działaniami rutynowymi, bo rutynowo dokonywano wypędzeń, rutynowo niszczono warsztaty pracy, procesy formowania nowych kadr akademickich, rutynowo nie uzasadniano merytorycznie negatywnych opinii, rutynowo nie podpisywano imieniem i nazwiskiem i te rutynowe działania do tej pory rutynowo są akceptowane przez akademickich rutyniarzy wznoszących gmach uniwersytetu na kupie wojewódzkiej,[ https://blogjw.wordpress.com/2018/03/12/nie-mam-kwalifikacji-na-etat-szambowego/.a nie na skale, jak to robili wypędzeni.

Przeciwko wypędzeniom najlepszych, najaktywniejszych nauczycieli akademickich, którzy byli wzorem dla studentów, przeciwko niszczeniu ich warsztatów pracy, nie było protestów skarlałej profesury akademickiej prowadzącej do przekształcenia uniwersytetu stanowiącego korporację nauczanych i nauczających poszukujących wspólnie prawdy w fabryki nic/niewiele znaczących dyplomów i tytułów.

Nie anulowano haniebnych, bezprawnych decyzji, które wówczas nie podlegały nawet zaskarżeniu do sądów ! co jest wynikiem prawnej i moralnej ciągłości III RP-PRLbis z systemem bezprawia.

Do tej pory jako wypędzony z uniwersytetu nie zostałem przeproszony za te haniebne poczynania, nie przywrócono mojego niszczonego warsztatu pracy, mojej szkoły formowania nowych ludzi nauki, nie ujawniono personaliów wyganiających, nie podjęto nawet próby poznania prawdy. [https://nfapat.wordpress.com/category/sprawa-jozefa-wieczorka/].

No cóż – rzecz dotyczy niezależnego [także od aktualnych sitw akademickich] nonkonformisty, a przy tym antykomunisty [legitymacja nr 5845].

Rzecz się przy tym działa bardzo dawno temu, bo przed ponad 30 laty, gdy pamięć akademicka obejmuje tylko czasy do roku 1968 ! – a to co było później, to są czasy zamierzchłe – tak, tak ! im data nam bliższa, tym czas bardziej zamierzchły – ani pamięcią, ani rozumem niemożliwy do objęcia.

Czystki 1968 – to hańba,

czystki lat 80-tych, czasów wojny jaruzelsko-polskiej – to gloria!

Na UJ podobno wygnanych nie było, bo SB tak podobno znakomicie go ochraniała !? Podobno nie było komunistycznych zbrodni na UJ, bo komunizmu podobno nie było ?!, podobno nie było strat stanu wojennego ( i powojennego) bo go podobno nie było, albo było to nic nie znaczące wydarzenie, o którym nawet nie ma co wspominać, a przewodniej siły narodu to już przed transformacją nie było. [https://blogjw.wordpress.com/2018/02/12/profesorowie-dziejow-bajecznych/;

https://blogjw.wordpress.com/2017/12/03/tak-dla-dekomunizacji-ale-nie-na-uczelniach/]

Tak się fałszuje historię, a protestów – brak ! Tak etatowych historyków, jak i kombatantów.

Autor tekstu – wypędzony z uniwersytetu [UJ] podczas politycznej, rutynowej, wielkiej czystki akademickiej przed tzw. transformacją ustrojową [PRL w PRL bis] .

Ofiara zbrodni komunistycznej dokonanej przez zorganizowaną, anonimową [do dnia dzisiejszego !] grupę przestępczą, symbol zdziczenia akademickiego, wdrażającą w życie dyrektywy związku zbrojnego o charakterze przestępczym, działającego dla osobistych korzyści na szkodę Polski i Polaków.

Wdrożono skutecznie – dożywotnio. Z historii i pamięci – wymazano.

Tekst napisał:

Józef ( to jest moje imię] Wieczorek [ to jest moje nazwisko]

Imiona i nazwiska autorów wypędzeń pozostają nieznane do roku 2018 r. ! a akredytowani na etatach profesorskich językoznawcy UJ nadal nie rozumieją co to jest anonim, czym się objawia imię i nazwisko. W polskim systemie edukacji, mimo reform, nikt nie potrafi ich nauczyć, ani z systemu wykluczyć.

Dopóki wzorcowy uniwersytet posadawiany będzie na kupie wojewódzkiej, zamiast na skale, nie należy się spodziewać żadnych pozytywnych zmian.

Reklamy

Wyboru dokonał UJ !

Przed Wielkim Jubileuszem

Niektórzy się dziwią, że UJ mnie nie przyjmuje w czasach dobrej zmiany.

Ta na UJ nie nastąpiła.

Był wybór – albo kupa Wojewódzkiego, albo zasady Wieczorka, ale te nadal stanowią zagrożenie dla uniwersytetu posadowionego w PRL/III RP na fundamencie wojewódzkiej kupy.

I wybrano.

Kupa wojewódzka miarą poziomu Uniwersytetu Jagiellońskiego

– Nie mam kwalifikacji na etat szambowego

Sceny z życia uniwersyteckiego

Dziennik VI

Sceny z życia uniwersyteckiego

z Dziennika wypadków Karola Estreichera vol. VI

(fragmenty -s. 684 – 690)

W marcu J963 odbyło się nieludzkie, niekoleżeńskie zebranie w Instytucie Historii Sztuki, które trwało aż 5 godzin! Od piątej do dziesiątej wieczór. Przyszedł na nie nowo obrany Kazimierz Lepszy. Obecni byli profesorowie: Adam Bochnak, l Lech Kalinowski, Jerzy Szablowski, Tadeusz Dobrowolski.

Przez bitych pięć godzin radzono, co zrobić (oczywiście pośrednio), aby mnie z Uniwersytetu usunąć. Pomysł zebrania wyszedł od Bochnaka. Bochnak poszedł wtedy do rektora Lepszego i namówił go do wystąpienia na senacie akademickim z wnioskiem, aby Muzeum UJ połączono z Instytutem Historii Sztuki, który to Instytut zostawał pod naczelną dyrekcją Bochnaka. Całą sprawę dyskutowano na owym zebraniu, obrzucając mnie przy sposobności zarzutami o mej niewiedzy, nieuctwie, blagach, etc… Nie było inwektywy, której by mi oszczędzono.

Istotnie na posiedzeniu senatu (bez zaproszenia mnie na posiedzenie! bez zaciągnięcia mej opinii jako kierownika Muzeum!) zapadła uchwała podporządkowująca Muzeum UJ Instytutowi Historii Sztuki. Wniosek postawił rektor Lepszy, rzekomo kierując się troską o zbiory uniwersyteckie. Udało mi się tą uchwałę cudem storpedować w Warszawie, w Ministerstwie. Nie weszła w życie.

Czemu Bochnak podstępnie kierował tą całą intrygą podporządkowania Muzeum UJ Instytutowi Historii Sztuki?

Usunięty z dyrektury Muzeum Narodowego myślał, że podporządkowując sobie Muzeum UJ wejdzie bez trudu w rolę opiekuna pięknych zbiorów, a zarazem zdobędzie tematy dla prac naukowych. Po prostu chciał zabrać Muzeum, stworzone przeze mnie.

Olbrzymie było zdziwienie, kiedy przekonano się, że podstęp nie udał się. Niemniej moja sytuacja w UJ wydawała się beznadziejna. W roku 1963 z powodu wieku, ustąpił z katedry Wojsław Mole. Bochnak nie tylko nie poparł mojej osoby na katedrę po nim – mimo, że latami i pracą byłem znacznie starszy od prof. Lecha Kalinowskiego – ale na senacie zaczął o mnie rozpowiadać uwłaczające wiadomości. Opowiadał, że nie mam prac naukowych, że nic nie umiem, że źle wykładam, że jestem niepoważny, że moje zasługi przy odnowieniu Collegium Maius są wątpliwe. Nie czynił tego jawnie, tylko pokątnie i bez. świadków. Chodził, agitował, podgryzał. Milczałem. Zmilczałem.

Cóż miałem zrobić’? Otrzymywałem od Bochnaka, jako dyrektora Instytutu, stale najtrudniejsze wykłady i najgorsze godziny: sztukę ludową w 1949 roku, prehistorię sztuki w 1952, polską sztukę średniowieczną w 1953. W ostatnim semestrze (1966/67) musiałem wykładać w poniedziałki, czwartki i soboty. To znaczy cały tydzień miałem rozerwany. Lepsze godziny wzięli profesorowie: Dobrowolski, Szablowski, Bochnak, Kalinowski.

Asystenci i profesorowie Instytutu okazywali mi skrajne lekceważenie. Profesor Szablowski, gdy chciał coś ode mnie, posyłał asystenta lub pisał suche, oficjalne listy adresowane bezosobowo. Asystent Krakowski nie kłaniał się. Adiunkt Samek podsłuchiwał pod drzwiami, gdy egzaminowałem. Pani docent Żurowska z reguły udawała, że mnie nie widzi. Altendorfówna naśmiewała się z mojej francuszczyzny, że robię błędy. Zanim list dochodził do moich rąk był oglądany przez woźnych i adiunktów. Woźny Torba regularnie donosił co robię, czy gdzieś wyjechałem, jakie prace są prowadzone w Muzeum i w Collegium Maius. Nie byłem zapraszany na żadne posiedzenia Instytutu – ani administracyjne ani naukowe. Bochnak stworzył wokół mnie atmosferę izolacji, wyobcowania, pustki. Podziwiam jego wysiłek.

Od roku 1956 wszędzie napotykałem na opinie urobioną przez Bochnak W Uniwersytecie, w Ministerstwie Szkół Wyższych (o ile brało się tam Bochnaka nA serio), w Krakowskiej Radzie Miejskiej, wreszcie w Akademii Nauk. Gdy w roku tworzono tam od nowa Komisje Historii Sztuki – nie zostałem do tej zaproszony. Rzekomo wysłano mi zaproszenie. Nieprawda! Nic wysłano! Nikt nie ujął się za mną o to obraźliwe, krzywdzące postępowanie. Oczerniano mnie i że nic nie umiem, etc…

Przez piętnaście lal utrzymywałem z Bochnakiem-jak zresztą i z Pagaczewskim

przyjazne stosunki. Zawsze do obu pisałem listy donosząc o tym, co się dzieje, co robić, etc… Chyba w nich nic złego nie pisałem. Może były zbyt czołobitnej zbyt grzeczne, ale byłem pod wrażeniem życzliwości Bochnaka. Wreszcie na mojej wytłumaczenie mam to, że byłem wciąż od niego zależny.

Wreszcie zdobyłem się na wielki wysiłek. W 1956 roku, a potem w 1960 senacie, gdy Bochnak na prawo i lewo zaczął szeptać, że nie mam za sobą poważnych prac naukowych – zerwałem z nim. Przestałem się do niego odzywać i nil poszedłem do niego z wizytą – mimo zaproszenia. Przeciąłem wrzód!

To, co naprawdę przeciągnęło strunę, co zmusiło mnie do całkowitego zerwania, to donos. Donos, jaki zrobił na mnie do władz Bezpieczeństwa. …

…Przez długi czas nie mogłem zrozumieć przyczyny tych ciągłych narad, konferencji ,zbiorowych oskarżeń, przed którymi byłem stawiany. Długi czas przypuszczałem, że Bochnakowi, Kalinowskiemu, Lepszemu sprawia przyjemność takie gnębienie . Nic podobnego. Doszedłem, że idzie tu o coś innego. Liczono na moją pobudliwość lub nawet gwałtowność. Sądzono, że może na jakiejś konferencji wybuchnę, uderzę pięścią w stół i odejdę rzucając wszystko – i odnowienie Collegium Maius i urządzanie Muzeum. Po prostu chciano mnie sprowokować do nierozumnego czynu. Tą wojną psychologiczną kierował Bochnak,

! oto nagle, w maju 1964, umiera rektor Lepszy. Bochnak i Kalinowski stracili oparcie. Chwilowo zamilkli.

Od tego czasu upłynęły trzy lata. W jesieni roku 1966 Bochnak postawił na Wydziale Filozoficzno-Historycznym wniosek o moje uzwyczajnienie jako profesora. Równocześnie jednak przeprowadził poufne rozmowy z profesorami Janem Hulewiczem i Henrykiem Baryczem i nie sprzeciwił się, gdy mu zapowiedzieli, że na Wydziale wystąpią z krytyką mej osoby i działalności. Tłumaczył się przed nimi. że „musi” moją kandydaturę postawić. To wiem na pewno. Jeszcze i ten fałsz wobec mnie popełnił.

Nie wiem właściwie czemu zawdzięczam to tępienie ranie przez grupę moich kolegów z Bochnakiem na czele.

Ten stary, siedemdziesięcioletni uczony nie cofał się przed intrygami i nieprawda, aby tylko koledze zaszkodzić. Np. referując moje prace naukowe, m. in. Łańcuch Aleksandry (rektorski, pochodzący – jak to stwierdziłem z VI wieku), oświadczył, że się nie zna na tego rodzaju dziełach złotnictwa. A przecież pisał o tym łańcuchu i darował go na XVI wiek! Teraz gdy przyszło do oceny mojej pracy usunął się zręcznie od jej oceny. Skoro się nie znał to czemuż o nich pisał?

Z profesorów nikt postępowania Bochnaka nie zauważył. Głosowaniem na Wydziale tak pokierowano, że nie otrzymałem kwalifikowanej większości, potrzebnej to postawienia wniosku o przyznanie mi stanowiska profesora zwyczajnego. Bochnak chodził po całym Krakowie i ubolewał jaką mi krzywdę wyrządzono! Pełen rzekomego oburzenia opowiadał szczegóły mego niepowodzenia!

W styczniu 1966 zacząłem z rektorem Mieczysławem Klimaszewskim omawiać dymisję z asystentury, względnie przeniesienie nielojalnej współpracownicy Muzeum UJ, dr Ewy Chojeckiej. Jej zachowanie się oraz wady osobiste pokazały, że nie nadaje się na asystentkę. Bochnak zdawał sobie sprawę kim jest dr Chojecka, jak jest nielubiana przez kolegów i jakie ma wady. Ale właśnie dlatego popierał ją. Wreszcie zdecydował sieją przyjąć do Instytutu Historii Sztuki na asystentkę i nawet nadał jej jakieś nagrody.

Nic uczynił tego przez niezaradność, czy bezmyślność -jak potem sugerował – ale dlatego gdyż zależało mu na przypodobaniu się rektorowi Klimaszewskiemu, który Chojecką bardzo popierał. Dzięki temu syn Bochnaka otrzyma stypendium na wyjazd do Paryża.

Ta sama nielojalność wobec kolegów powtórzyła się po raz drugi w roku 1968 i 69. Najpierw Bochnak dopuścił do habilitacji Chojeckiej (listopad 1968), a nastepnie na bardzo przykrym posiedzeniu u rektora Klimaszewskiego (3 III 1968), gdy czterech profesorów historii sztuki stwierdziło, że Chojecka z powodu swych wad osobistych nie nadaje się na asystentkę Instytutu Historii Sztuki, Bochnak – znowu kierując się interesami syna, a tym razem jego zamierzoną habilitacją – nie podtrzymywał opinii kolegów o dr Chojeckiej, lecz tak oględnie i miękko się o niej wyrażał że sprawę położył. W ten sposób znowu wprowadził, swoim zwykłym sposobem ferment i niepokój w Instytucie, w którym był kierownikiem.

Na wiosnę 1968 nowa intryga bez sensu. Uczennica Hussakowska otrzymuje na seminarium Bochnaka pracę naukową o moim przodku Dominiku Estreicherze malarzu krakowskim (1752-1809). Przychodzi do mnie po materiały i wiadomości mam jej pomagać, etę… Po co te jakieś komedie, rzekomo naprawionej atmosfery po co te komedie rzekomej obiektywności, kiedy sieje się zło i intrygi?

W tym gąszczu intryg plątanych przez jednego człowieka trudno jest mi się zorientować. Nie było komu ująć się za mną na Wydziale, przeciwstawić się podnieconym oskarżycielom, stwierdzić podżeganie przez jednego człowieka. Np. pani prof. Mari Bernhard oświadczała się wielokrotnie z przyjaźnią wobec mnie i mojej żony, napychał się do mego domu, opowiadała wiele o życzliwości dla mnie, ale na posiedzeniu Wydziału, gdzie mnie z błotem mieszano – milczała. Potem opowiadała jak bardzo jest jej przykro, że spotkała mnie taka krzywda.

W grudniu 1968 Bernhard nagle zaskakuje mnie oświadczeniem (napisała list w tej sprawie, więc mam to na piśmie), że po porozumieniu się z kolegami z Instytutu Historii Sztuki i uzyskaniu ich zgody napisz skrypt z przedmiotu, który ja wykładam, tj. z. dziejów sztuki starożytnej dla studentów historii sztuki na l roku. Bochnakowi, jako dyrektorowi instytutu, nie przyszło na myśl że tego rodzaju postępowanie Marii Bernhard wobec kolegi jest nieprzyzwoitości; A może (zapewne) właśnie to przeszło mu przez myśl.

Powie ktoś, że to widocznie moja wina, iż spotykały mnie te wszystkie niepowodzenia, że popełniłem takie czy inne nietakty, błędy, że postępowaniem moim musiałem narobić sobie wrogów, etc… Zapewne… Nic zaprzeczam. Z drugiej jednak strony powtarzam – Bochnak tak zawsze kierował moimi sprawami, abym nie awansował w życiu uniwersyteckim. Na pewno wykorzystywał przy tym moje wady i błędy.

W jesieni 1968 roku wydałem duże dzieło pt. Collegium Maius – dzieje budowy Nie mnie sądzić o jego wartości. Okaże to czas, ale jestem o to spokojny. Książka zaskoczyła moich kolegów. Tymczasem toczyły się pierwsze rozmowy o następstwie po Bochnaku i Dobrowolskim. Od rozmów tych byłem odsunięty. Wiem, że chodził do rektora, składał (zawsze tylko w rozmowie) różne oświadczenia np- jak reformować Instytut Historii Sztuki, ani razu nie zwoławszy narady, na której byłbyy obecny. W ten sposób można zawsze intrygować, siać zamęt. Liczył, że po przejściu na emeryturę dalej będzie rządzić w Instytucie Historii Sztuki, który rozstroił.

Od października 1969 Bochnak przeszedł na emeryturę, ale nie przestaje intrygować i mścić się na mnie. Namiętnie zabiegał, abym przypadkiem nie awansował na profesora zwyczajnego, ani nie objął katedry po Tadeuszu Dobrowolskim. Wolał oddać tę katedrę prof. Mieczysławowi Porębskiemu, partyjnemu, który w latach 1946-3 zwalczał sztukę nowoczesną, uczonemu bez charakteru, który Krakowa jako środowiska nie cierpi. Powtarzam – wolał Bochnak Porębskiego niż mnie. Widoczni sprawiła to moja wina, moja nieumiejętność współżycia.

Nienawiść Bochnaka do mojej osoby – tajna, zawsze maskowana – była olbrzymia, że już po jego przejściu na emeryturę, póki zdrowie na to pozwalało! wspinał się do Instytutu Historii Sztuki lub szedł na rozmowę do rektora. Skarżył się tam na mnie, lub krytykował. Namawiał także Porębskiego, Kalinowskiego, Szablowskiego do rozmaitych występów przeciw mnie. Były to już, objawy sklerozy,!

Nic widziałem uczonego profesora, który byłby tak skompleksowany zazdrością jak Bochnak, a równocześnie tak się lenił na zajmowanych stanowiskach.

Bochnak zmarł na serce na wiosnę 1974 roku, po długiej chorobie.

Piotr Gajdek informuje o mobbingu na UJ

List w sprawie mobbingu na UJ

Jestem doktorem chemii. Obroniłem pracę doktorską na Wydziale Chemii UJ pod kierunkiem prof. dr hab. Jana Najbara w Zespole Badań Fotochemicznych i Luminescencyjnych w 1998 roku. Mam w swoim dorobku naukowym publikacje w wielu dobrych czasopismach zagranicznych o wysokim impact factorze. Brałem udział w wielu konferencjach krajowych i zagranicznych. Podczas studiów doktoranckich w latach 1994 – 1995 przebywałem w Perugii jako stypendysta Rządu Włoskiego. Jestem laureatem Stypendium Krajowego Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dla Młodych Naukowców w roku 2000 za wybitne osiągnięcia naukowe.

Po doktoracie mój promotor na Wydziale Chemii UJ nie miał dla mnie etatu i załatwił mi wyjazd do USA. Nie zdecydowałem się. Nie wyobrażałem sobie wyjazdu na stałe za granicę, ponieważ tutaj w Polsce założyłem rodzinę. Znalazłem jednak przypadkowo pracę na Wydziale Biologii Molekularnej UJ położonym wtedy jeszcze przy Alei Mickiewicza (obecnie Wydział Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ, ul. Gronostajowa 7).

W Zakładzie Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin potrzebowano kogoś po doktoracie do zajęć dydaktycznych. Był to zakład zamknięty, odizolowany drzwiami z jednej i z drugiej strony, skłócony z innymi zakładami Wydziału, z post PRL-owskim szefem (Kierownik Zakładu dr hab. Jan Białczyk był sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR w UJ w latach siedemdziesiątych, a także działa po dziś dzień w ZNP).

W momencie mojego przyjścia do pracy Zakład nie posiadał praktycznie żadnej porządnej aparatury i nie prowadził właściwie żadnych badań naukowych. Pisano jedynie prace przeglądowe. Na zebraniach Zakładu dr hab. Jan Białczyk roztaczał wizje wielkich badań, szerokiej współpracy, a w rzeczywistości siedziały tam aż 4 panie techniczne, które „pracowały” po 4 godziny dziennie (przychodziły po 9.00 rano, a wychodziły koło 13.30 i zamykały mi na klucz laboratorium, w ten sposób robiąc mi na złość i utrudniając mi pracę), dzień w dzień plotkowały, popijały kawę i jadły ciastka. Z byle okazji odbywały się w Zakładzie huczne całodniowe „imprezy” zakrapiane alkoholem.

Oskarżali mnie, że nie chciałem uczestniczyć w tych „imprezach”, pożytkując ten czas na konkretną pracę. Przed „imprezami” panie techniczne piekły dla dr hab. Jana Białczyka torty i ciasta, na zawołanie parzyły mu kawę i herbatę, a także biegały po zakupy do pobliskiego supermarketu.

Poza „imprezami” dr hab. Jana Białczyka tak naprawdę prawie nigdy w pracy nie było, bo był radnym w Radzie Miasta Krakowa z ramienia SLD. Człowiek ten kandydował też, o zgrozo, do Sejmu. Identyczne zajęcia dydaktyczne prowadził inny zakład, czyli Zakład w którym mnie zatrudniono praktycznie nie miał racji bytu, ale dziwnym trafem jednak istniał na skutek układów, jakie miał dr hab. Jan Białczyk, mimo że nie miał on praktycznie żadnych poważniejszych osiągnięć naukowych, co więcej, moim skromnym zdaniem do pracy na uczelni się zwyczajnie nie nadawał.

Ilekroć próbowałem z innymi pracownikami Zakładu rozmawiać na tematy naukowe, w odpowiedzi robili „wielkie oczy”, zastanawiając się, czego ja właściwie chcę. Dr hab. Jan Białczyk traktował ludzi z góry, uwielbiał okazywać władzę i poniżać innych. Ponieważ przyszedłem z miejsca, w którym się naprawdę pracowało i był bardzo wysoki poziom naukowy, postanowiłem zabrać się do roboty. Najpierw chciałem zlecić paniom technicznym wykonanie pewnych prac, ale spotkałem się z wrogością. Panie obraziły się. Stwierdziły, że nie mogę im nic zlecać i doniosły wszystko szefowi („Jasiu, bo ten pan ……”).

Od tej pory zaczęło się kręcenie afer przeciwko mnie przy papierosku podpalanym pod dygestorium. Brylowała w tym pani inż. Anna Wachowska. Panie zatrzaskiwały mi przed nosem drzwi, opowiadały o mnie niestworzone rzeczy, niezgodne z prawdą, a dr hab. Jan Białczyk święcie w nie wierzył i wygłaszał to wszystko na zebraniach Zakładu, gdzie byłem publicznie upokarzany. Wyraźnie czerpał przyjemność z psychicznego znęcania się nad ludźmi.

Ja, jako człowiek ambitny i idealista, pracując we wrogim otoczeniu, praktycznie w całkowitym odosobnieniu, zamknięty w swoim pokoju, zagłębiałem się w literaturę narzuconej mi przez Zakład tematyki badawczej i napisałem w tej dziedzinie kilka cenionych w innych ośrodkach zajmujących się tą tematyką prac przeglądowych. Co więcej, dostawałem przez trzy lata niewielkie pieniądze z UJ na moją problematykę badawczą (tzw. „badania własne”), które wystarczyły mi na zakup najniezbędniejszych materiałów i odczynników.

Przy tak niezwykle skromnym budżecie i braku jakiejkolwiek aparatury, pracując samotnie, byłem w stanie zrobić eksperymenty i opublikować kolejne trzy prace eksperymentalne w dobrych zagranicznych czasopismach. Dążyłem do zakupu potrzebnej do badań aparatury i cel osiągnąłem. A więc działałem przecież na korzyść Zakładu, bo pisałem dobre publikacje i zakupiłem niezbędną aparaturę. Zgromadziłem literaturę naukową oraz opracowałem metody badawcze, które są wykorzystywane w Zakładzie po dziś dzień.

Uważam, że mój wkład pracy z Zakładzie jest ogromny. Jednak został zatrudniony przez dr hab. Jana Białczyka „świeżo upieczony” doktor, dr Dariusz Dziga, z sąsiedniego zakładu, któremu dr hab. Jan Białczyk natychmiast przypisał wszystkie moje osiągnięcia naukowe, umieszczał jego zamiast mnie w komunikatach konferencyjnych, tak jakbym w ogóle nie istniał. Mimo moich niepodważalnych osiągnięć w pracy naukowej byłem systematycznie przez dr hab. Jana Białczyka psychicznie dręczony.

Mówił on na zebraniach Zakładu, że chodzę w śmierdzących niespranych ubraniach i że w moim pokoju śmierdzi. Atakował mnie, że pluję do zlewu, zamykam się w swoim pokoju i „przetwarzam jakieś mądrości”, podczas gdy powinienem zachowywać się zupełnie odmiennie, tzn. otwierać drzwi, pryskać się dezodorantami i nosić krawat. Głosił na zebraniach swoje szczytne cele, że „zawziął się i chce dotrwać do emerytury, a wy możecie sobie nie dotrwać, to jest już nie moja sprawa”.

Groził mi, że odsunie mnie od zajęć dydaktycznych, bo jestem nerwowy oraz że napisze mi negatywną opinię. W końcu „zdiagnozował”, że jestem chory psychicznie i do żadnej pracy się nie nadaję, no, ewentualnie w magazynie za pudłami, żeby mnie nikt nie widział. Kazał mi natychmiast pójść na zwolnienia, a potem na rentę i żebym już pod żadnym pozorem do pracy nie wracał. Mówił, że będę miał dobrze, bo co miesiąc listonosz będzie pukał do drzwi i przynosił mi pieniądze. Stwierdził, że w przeciwnym razie, jak nie zdecyduję się pójść na rentę, da mi negatywną opinię, ponieważ według niego nie mam żadnych osiągnięć naukowych (Czyli, innymi słowy, twierdził, że „czarne jest białe”!).

Doprowadzony do krańca psychicznej wytrzymałości niestety posłuchałem go, faktycznie poszedłem na zwolnienia, a potem sam zwolniłem się z UJ za porozumieniem stron w 2004 roku. Na moje miejsce został przyjęty syn profesora z sąsiedniego zakładu, co wykazuje wysoki nepotyzm środowiska. Chciałem tutaj z całą mocą stwierdzić, że zwolniłem się tylko i wyłącznie na skutek powyżej opisanych prześladowań, które doświadczałem w miejscu pracy. Świadczy o tym fakt, że do tej pory nie jestem w stanie znaleźć pracy.

Ja rozumiem taką nieumiejętność jako uszczerbek na moim zdrowiu psychicznym, ponieważ pamiętam wszystko to, co doświadczałem i obawiam się, że gdy podjąłbym jakąś pracę, spotkałbym się z podobnym prześladowaniem.

Uważam, że prześladowania ze strony dr hab. Jana Białczyka odcisnęły niezmazywane piętno na mojej psychice. Teraz zajmuję się domem i rodziną i nigdzie nie pracuję. Zakład Fizjologii i Biologii Rozwoju Roślin dalej istnieje. Ten człowiek, który mnie prześladował, dalej bezkarnie pracuje i jest już, o zgrozo, profesorem. A ja poniosłem konsekwencje tego, że miałem osiągnięcia i chciałem pracować, podczas gdy inni w tym Zakładzie chcieli tylko pracę pozorować i sprawiać dobre wrażenie. Niestety byłem inny niż środowisko, co zaowocowało mobbingiem.

Niniejszą publikacją chciałbym napiętnować wysoką degenerację środowiska, w którym pracowałem. Podkreślam, że piszę „całą prawdę i tylko prawdę”. Zdaję sobie sprawę, jak wielu jest w Polsce „wyklętych” doktorów wyrzuconych przez chory system i będących w podobnej sytuacji, którzy jednak nie ujawniają swoich osobistych dramatów. Uważam, że wszyscy powinniśmy solidarnie działać w kierunku przywrócenia normalności na polskich uczelniach, ukarania sprawców prześladowań oraz zadośćuczynienia pokrzywdzonym. Uważam, że osobiste dramaty osób usuniętych z uczelni należy nagłaśniać i rozpowszechniać. Szczególnie liczę na to, że wkrótce sytuacja na polskich uczelniach się odmieni, bo przecież post PRL-owskie kadry nie będą w stanie dalej stawiać czoła coraz większym wyzwaniom współczesności i wtedy takie osoby jak ja zostaną zrehabilitowane.

Piotr Gajdek

Proszę o wyznaczenie mi terminu wznowienia moich wykładów i seminariów

wieczorek1

Kraków, 5 grudnia 2008

Józef Wieczorek

ul. Smoluchowskiego 4/1

30-069 Kraków

Senat i Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

oraz Dziekan Wydziału BiNoZ

L.dz/5/12/2008/1

Proszę o wyznaczenie mi terminu wznowienia moich wykładów i seminariów

 

 

Pismo podpisane przez Kierownika Działu Spraw Osobowych UJ informuje mnie o sposobie pierwszego zatrudniania nauczyciela akademickiego na UJ, gdy jak informowałem i Dział Spraw Osobowych ma obowiązek to wiedzieć, po raz pierwszy na UJ byłem już zatrudniony i z winy poczynań władz UJ, realizujących politykę kadrową PZPR (i SB ?) z UJ zostałem usunięty na podstawie fałszywych oskarżeń dokonanych przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję.

Chcę zwrócić uwagę, że kilka lat temu na okoliczność starań o otrzymanie pisma, odnośnie mojego zatrudnienia na UJ, potrzebnego do celów emerytalnych, na podstawie numeru PESEL na UJ nie potrafiono mnie zidentyfikować ( to tak na marginesie ogólnopolskiej dyskusji na temat identyfikacji osób żyjących, czy zmarłych i roli numeru PESEL w tej kwestii).

Jest to standard, gdyż nie zostałem zidentyfikowany także jako pracownik UJ, uruchamiający studia geologiczne po ‚stalinowskiej’ przerwie, na okoliczność jubileuszu UJ w r. 2000, ani na okoliczność badań Komisji Senackiej dla rozpoznania działań represyjnych o charakterze politycznym w UJ w okresie PRL , ani na okoliczność rozmów rektorskich i badań (nie)stosownych komisji w sprawie inwigilacji UJ.

Mając wiedzę, że TW nadal bez problemu pracują na UJ, co jak widać nie wpływa negatywnie na młodzież akademicką, nie mam zamiaru się usprawiedliwiać, że TW ani towarzyszem nigdy nie byłem ( co zdaje się interpretowano jako negatywne wpływanie na studentów), bo uczelnię traktowałem jako wspólnotę nauczających i nauczanych poszukujących prawdy, a nie jako trampolinę umocowaną politycznie do robienia kariery prostytutki akademickiej.

Jak rozumiem, władze UJ nie mają kompetencji do kierowania taką złożoną strukturą jaką jest uniwersytet, stąd praca na uczelni szwankuje. Poza produkcją wina jakoś nie widać pozytywnych rezultatów, którymi by można się było pochwalić przed podatnikiem płacącym na funkcjonowanie uczelni.

Jak już wielokrotnie informowałem, usunięcie mnie z uczelni spowodowało nie tylko zniszczenie mojego warsztatu pracy, ale także obniżyło w sposób nad wyraz widoczny poziom studiów geologicznych (i pokrewnych). Odbiło się zdecydowanie negatywnie na kształceniu nowych kadr naukowych . Jak można ocenić po efektach mojej działalności w najtrudniejszych latach 80-tych (20 mgr, w tym połowa aktywnych naukowo), w wyniku wyrzucenia mnie z uczelni, co najmniej kilkudziesięciu pracowników naukowych nie zostało wprowadzonych do systemu akademickiego.

Za braki kadr naukowych odpowiadają władze uczelni, które sobie nie radzą w tej kwestii, a nie ja, bo ja sobie nad wyraz dobrze radziłem, co musiało spotkać się z ripostą przedstawicieli akademickiego społeczeństwa Ików. O swoich ‚zasługach’ dla obniżenia poziomu uczelni władze UJ podatników nie informują.

Przytoczę, że na innych uczelniach, które nie utraciły swej autonomii na rzecz PZPR, SB i ich beneficjentów, przywracano do pracy usuniętych w czasie politycznych weryfikacji, gdy władze UJ do dnia dzisiejszego heroicznie walczą o akceptację ‚prawa’ stanu wojny polsko-jaruzelskiej przedkładając to prawo nad Konstytucję III RP, swój statut, i Akademicki Kodeks Wartości.

Oczekuję, że władze uczelni w końcu zrezygnują z hołubienia systemu komunistycznego i przywrócą do pracy usuniętych w ramach haniebnych poczynań najwyższych władz uczelni, pozostających chyba nadal w symbiotycznych relacjach z siłami peerelowskiego zła.

Wymaga tego elementarna przyzwoitość i potrzeby nauki oraz edukacji, jedynie z nazwy obecnie wyższej.

Proszę o wyznaczenie mi terminu wznowienia moich wykładów i seminariów i udostępnienia mi warsztatu pracy naukowej.

W przypadku dalszych trudności ze zrozumieniem słowa pisanego, proszę o wyznaczenie terminu spotkania, aby mogło dojść do konfrontacji słowa mówionego.

Józef Wieczorek

————————

odp-10-10-2008

Oświadczenie – władze UJ same nie wiedzą co czynią

Kraków, 4 września 2008

Józef Wieczorek

ul. Smoluchowskiego 4/1

30-069 Kraków

Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego

L.dz/4/09/2008/1

Oświadczenie

Niniejszym oświadczam wolę wznowienia wykładów i seminariów oraz formowania kolejnych naukowców na Uniwersytecie Jagiellońskim, skąd zostałem usunięty w czasach komunistycznych po dokonaniu oceny przez anonimową do dnia dzisiejszego komisję, na podstawie do tej pory nie udokumentowanych zarzutów.

Wieloletnie, wielokrotne roszczenia informacyjne kierowane do władz uczelni nie przyniosły skutku, co pokazuje gdzie władze mają Konstytucję RP, swój autonomiczny Statut UJ, swój autonomiczny Akademicki Kodeks Wartości, czy po prostu elementarne zasady przyzwoitości, które winny obowiązywać w życiu społecznym, a w życiu akademickim w szczególności.

Jak wynika  z dotychczasowych dokumentów (starań o otrzymanie dokumentów) władze UJ do tej pory nie odzyskały zdolności do  kierowania instytucją mającą statutowy  obowiązek poszukiwania prawdy.

Władze UJ same nie wiedzą co czynią

i swych czynów nie są w stanie udokumentować !

Usunięcie mnie z uczelni było poprzedzone kilkuletnimi działaniami operacyjnymi, dziwnie zgodnymi z instrukcją NKWD :

Ściśle tajne Moskwa, 2.VI.1947r. K.AA/OC 113 INSTRUKCJA NK/003/47

35. W szkolnictwie podstawowym, zawodowym, a w szczególności w szkołach średnich i wyższych doprowadzić do usunięcia nauczycieli cieszących się powszechnym autorytetem i uznaniem.”

a stanowiącymi jakby reakcję władz UJ na opinie studentów i wychowanków:

„dr Wieczorek uczył nas rzetelności i uczciwości naukowej oraz postaw nonkonformistycznego krytycyzmu naukowego..”

dr Józef Wieczorek był dla nas wzorem nauczyciela i wychowawcy”,

Pod jego wpływem geologia stała się dla jego wychowanków nie tylko przyszłym zawodem, ale życiową pasją”.

Jest w gruncie rzeczy sprawą drugorzędną, czy władze UJ działały na polecenie Moskwy, czy ich namiestników krajowych, czy też czyniły to zło – autonomicznie, z własnego przekonania, czy interesu. Kryminogenność poczynań jest chyba oczywista.

Przez nieczytelny podpis pani minister sądownie została wstrzymana obwodnica Warszawy (Nieczytelny podpis minister wstrzymał obwodnicę – Gazeta Wyborcza, 20.06.2008) ale nieczytelny podpis pod ‚opinią’ o mojej osobie nie wstrzymał egzekucji zawodowej niewygodnego dla systemu komunistycznego nauczyciela akademickiego. Widocznie siły nadrzędne były/i są silniejsze od prawa cywilizowanego świata.

Dla TW, funkcjonariuszy PZPR i ich serwilistów, jest miejsce na UJ i nie ma opinii, że ich działalność może negatywnie wpływać na młodzież akademicką. Negatywnie na młodzież akademicką, jak można rozumieć zdanie władz UJ, wpływali ci, którzy TW, czy w PZPR być nie chcieli !

Po utracie ducha jagiellońskiego,

na UJ, jak widać od dawna,

zapanował duch Marchlewskich

i do tej pory jakby unosił się nad gremiami kierowniczymi najstarszej polskiej uczelni.

Dr hc UJ – Andrzej Wajda w dziwnym wywiadzie o IPN ( Najbardziej chciałbym zrobić film przeciwko IPN-owi… – Interia.pl – 1 marca 2008) powiedział jednak coś, co ma znaczenie uniwersalne: „nagle skazuje ludzi na to, że oni nie mają żadnej możliwości obrony i są oskarżeni – no to jest zbrodnia, to jest kryminał!”
To się odnosi moim zdaniem nie do tego co robi IPN, tylko do tego co zrobiły/robią władze UJ. To jest zbrodnia, to jest kryminał.

Oczekuję anulowania kryminogennej decyzji władz UJ w stosunku do mojej osoby lub autonomicznego udania się władz do kryminału, aby znowu nie było krzyku o naruszanie autonomii uczelni.

Józef Wieczorek

ofiara komunistycznej zbrodni dokonanej bezkarnie przez aparat kłamstwa UJ

PS

Wybrane teksty poszerzające tezy oświadczenia:

Jak Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego kieruje się zasadą PLUS RATIO QUAM VIS

https://nfapat.wordpress.com/2008/08/23/jak-senat-uniwersytetu-jagiellonskiego-kieruje-sie-zasada-plus-ratio-quam-vis/

U(J)bekistan trzyma się mocno

https://nfapat.wordpress.com/2008/08/26/ujbekistan-trzyma-sie-mocno/

Niewyjaśniona (?) zagadka – dlaczego dr Reszczyński może pracować na UJ,

a dr Wieczorek -nie ?

https://nfapat.wordpress.com/2008/08/28/niewyjasniona-zagadka-%E2%80%93-dlaczego-dr-reszczynski-moze-pracowac-na-uj-a-dr-wieczorek-nie/Niewyjaśniona (?) zagadka – dlaczego dr Reszczyński może pracować na UJ, a dr Wieczorek -nie ?

Dostęp do teczek akademickich, na przykładzie UJ, za panowania rektora Karola Musioła- schyłek pierwszej kadencji

Jak wynika  z poniższych dokumentów władze UJ do tej pory nie odzyskały zdolności do  kierowania instytucją mającą w statucie  obowiązek poszukiwania prawdy. Po utracie ducha jagiellońskiego na UJ zapanował duch Marchlewskich i do tej pory jakby unosił się nad gremiami kierowniczymi najstarszej polskiej uczelni.

Władze UJ same nie wiedzą co czynią  i swych czynów nie są w stanie udokumentować !  -więc czemu są nadal u władzy ? Władze są u władzy na mocy demokratycznych wyborów dokonanych  przez tych, którzy dla władz byli wygodni ! bo niewygodnych się pozbyto !

Co prawda ciągle słyszymy, że nauka jest arystokratyczna a nie demokratyczna, ale słuszność tego twierdzenia ma się opierać na demokratycznych wyborach !?!

Na mocy głosowania nie można też w nauce zmienić prawdy, ale na UJ tak się czyniło/ czyni  – więc co to za nauka ? co to za uczelnia ?

Jak widać, władze UJ nie mają władzy  nad podległymi im jednostkami, więc za co biorą dodatki ‚władcze” ? Materiały znajdujące się w dziale spraw osobowych, to niemal sama makulatura pozostała po wyczyszczeniu akt z materiałów dla UJ niewygodnych !  Natomiast analiza akt uczelnianych i IPN wskazuje, że materiały esebckie są bardziej wiarygodne od materiałów UJ(beckich).

Materiały esbeckie na ogół, przez przeciwników lustracji,  określane są szambem, ale nie stworzono terminu dla określenia materiałów UJ(beckich)  ! Czyżby poziom tych materiałów był taki, że nie da się tego opisać w języku polskim ?

Wielokrotnie w mediach słyszeliśmy, że IPN należy rozwiązać  bo nie szuka on prawdy ! ale do tej pory nie słyszałem aby ktoś nawoływał do rozwiązania UJ, który prawdy z pewnością nie szuka,  lecz ją niszczy, tak jak i tych, którzy by się ośmielili prawdy szukać.

Widać o co  idzie ta gra !