cz.4 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

Stanisław Gniadek – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie -cz.4

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Rektor AE prof. dr hab. Jerzy Altkorn.

Istnieje starożytna zasada, że „o zmarłych nie mówi się źle”. Maksyma ta słuszną jest w odniesieniu do różnych prostych ludzi: broili za życia, pomarli i Bóg z nimi. Inaczej jest w odniesieniu do person którzy zaważyli i to znacząco dolegliwie, a czasem przestępczo na losach swoich bliźnich. I tak np. nie zauważyłem, aby po śmierci niejakiego Hitlera i jego zauszników, czy też Stalina, Berii itp., ktokolwiek dobrze o nich mówił. Odwrócenie tej zasady winno być przestrogą dla wszystkich tych, którzy wdrapują się na tzw. piedestały władzy. Muszą oni wiedzieć, że ich zgon nie będzie stanowić okoliczności łagodzącej w ocenie przez potomnych.

Prof. Altkorna znałem głównie ze wspólnych wycieczek narciarskich organizowanych przez AE w stanie wojennym. Był to sympatyczny starszy Pan, radzący sobie nieźle na stokach Kotelnicy, lubiący sobie ucinać pogawędki z nieco młodszym kolegą socjologiem. Wiedziałem, że pochodził z kresów wschodnich i doznał od towarzyszy tego i owego, co czyniło go bardzo ostrożnym nawet w prywatnych rozmowach przy herbacie.

Rozpoczęcie swojej kadencji rektorskiej zaczął od skwapliwej rejestracji /osobistej/ wszystkich spóźniających się uczonych do pracy. Widok rektora z notatnikiem w ręce przy wejściu na schody wiodące do pokojów uczelni i odnotowującego, ile minut się kto spóźnił, był dla mnie źródłem nieustannej radości. Był to pierwszy sygnał dla mnie, że w AE to nie jest on już narciarzem ze stoku Gubałówki. Dalsze wypadki umocniły mnie w tym przekonaniu.

Jego panowanie przypadło na szczytowy okres mojego konfliktu z Dyoniziakiem. Nie sposób powiedzieć, stanął on natychmiast po jego stronie. Wprost przeciwnie. W związku z tym udzielił mi pewnej zdumiewającej porady, mogącej w jego mniemaniu pomóc mi odnieść zwycięstwo z szefem.

Drogi Czytelniku, to co teraz napiszę wyda ci się rzeczą absolutnie nieprawdziwą i wręcz urojoną. ale klnę się na wszystko, to jest szczera prawda. Otóż Pan Rektor AE, prof. itd., widząc niemożność rozwiązania problemu Dyoniziaka, który również dla rektora stawał się uciążliwy, postanowił go radykalnie rozwiązać. Poradził mi mianowicie, abym udał się za Dyoniziakiem do ubikacji, po czym nagle z niej wybiegł na korytarz zwykle zapełniony studentami krzycząc, że Dyoniziak usiłował mnie zgwałcić. To oczywiście wywoła ogromny skandal i w ten sposób AE pozbędzie się Dyoniziaka.

Z pewnych względów nie byłem entuzjastą tego rektorskiego pomysłu, czym zmartwiłem swego rektora… Odpłacił mi się z nawiązką. Jak wyjaśniła mi podczas przesłuchania w IPN p. prof. Cz. Żuławska i J. Torgalski, to właśnie on wydał jej polecenie przygotować od strony prawnej, a właściwie bezprawnej, wylanie mnie z AE, jak się wydaje w trosce o swój bezpartyjny fotel rektora. Mówią, że rudzi to ludzie fałszywi. O ile na drodze głębokiej intelektualnej refleksji poradziłem sobie z problemem fałszywości moich trzech kotów, to problem ludzi rudych i ich skłonności do fałszu nadal jest dla mnie jednym z poważniejszych zagadnień. Altkorn był rudy jak lisia skórka latem…

Nie byłem na uroczystościach pogrzebowych J. Altkoma na Wawelu.

Portret mojego szefa byłby jednak niepełny, gdybym nie wspomniał o ponurym incydencie związanym z księdzem, a być może za niedługo świętym, Jerzym Popiełuszką, w którym jakże podłą rolę odegrał Dyoniziak.

Księdza Jerzego poznałem podczas bytności na Jasnej Górze, na tajnych spotkaniach naszego Towarzystwa Przemysłowego z hierarchami kościoła katolickiego. Tam poznałem podstawy społecznej doktryny katolickiej oraz kilku biskupów, wykładowców owej doktryny. Była to dla mnie sprawa zupełnie nowa i jako odtrutkę na panującą doktrynę przekazywałem ją swoim studentom w AE. Tam dokonałem prywatnego odkrycia, że kolejne Encykliki Jana Pawła H, zdumiewająco przylegają do moich koncepcji ładu moralnego, mającego wiele wspólnego z doktryną socjalistyczną. Tam, w rozmowach ze zgromadzoną elitą intelektualną „Solidarności” ugruntowałem w sobie przekonanie, że tzw. współcześni polscy komuniści, nie mają nic wspólnego z doktryną komunistyczną Marksa. Że z równym zapałem byliby członkami NSDAP, czy czcicielami Słońca czy księżyca, byleby to zapewniało im władzę, pieniądze, tytuły i stanowiska. Tego rodzaju dość powszechna mentalność rodaków powodowała, że liczba volksdojczów w okresie okupacji wynosiła ok 3 miliony członków. Historia się powtórzyła. Po wojnie PZPR liczyła ponad dwa miliony członków. Niezbyt dobrze jest znana liczba członków ewidentnie przestępczej organizacji SB, ale z fragmentarycznych opracowań wynika, że było ich kilkaset tysięcy.

Zdziczenie moralne i poczucie bezkarności powodowało, że np. dyr. IEP w AE niejaki prof. dr hab. Stanisław Lis, publicznie się przechwalał, że jest majorem SB, terroryzując w ten sposób wszelkich ewentualnych przeciwników w AE oraz budząc entuzjazm i zazdrość u innych.

Moje spotkania z ks. Jerzym podczas obrad w sali Bursztynowej dotyczyły Jego działalności misyjnej, jaką uprawiał wśród swoich podopiecznych, gdyż był Kapelanem w Hucie Warszawa. To Jego praca sprawiła, że ta zbiorowość, w gruncie rzeczy pogan, stawała się członkami Kościoła Katolickiego. Jego praca z wiernymi, kazania głoszone do wiernych, w konsekwencji doprowadziły do Jego męczeńskiej śmierci z rąk SB. Ponieważ nosiłem po Nim krepę w klapie swojej dżinsowej bluzki, podczas jednego z nielicznych zebrań Zakładu Dyoniziak zapytał mnie po kim noszę żałobę. Odpowiedziałem, że po Popiełuszce. Na to Dyoniziak zapytał, dlaczego nie nosiłem żałoby po Edwardzie Barszczu, jednym z nielicznych przyzwoitych działaczy partyjnych, który popełnił samobójstwo strzelając sobie w łeb z dubeltówki. Ponieważ nie odpowiadałem na to kretyńskie pytanie, choćby z tego powodu, że nie znałem Barszcza, Dyoniziak w obecności wszystkich pracowników, w tym trzech kobiet powiedział: „Ty nie nosisz żałoby po jakimś Popiełuszce, tylko po własnym ch… „. W tym momencie wyszedłem z Zakładu, mówiąc Dyoniziakowi, że od dziś on dla mnie nie istnieje jako kierownik, znajomy i socjolog. Istotnie przez okres dwu lat, do odejścia z pracy, nie odzywałem się słowem do niego. Wykorzystał ten fakt Kałkowski podczas posiedzenia Komisji Dyscyplinarnej pytając mnie, dlaczego przez długi czas nie rozmawiałem ze swoim przełożonym. Powiedziałem, że poszło o pamięć Popiełuszki, którą usiłował zbezcześcić Dyoniziak, a którego ze względu na obecność dwóch kobiet /protokolantki i Żuławskiej/, nie sposób mi zacytować dosłownie. Kałkowski skomentował moją wypowiedź, że ja nawet na pamięci Popiełuszki zbijam kapitał polityczny. Wobec takiego ostentacyjnego chamstwa zaprzestałem w ogóle zeznawać, gdyż wiedziałem, że wyrok zapadł na długo przed „rozprawą” i w zupełnie innym miejscu. Że tak istotnie było, po latach potwierdziła to na przesłuchaniu w IPN prof. Cz. Żuławska.

Reklamy

cz.3 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

Stanisław Gniadek – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie -cz.3

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Świadek  Leszek Kałkowski.

Powołanie prof. dr hab. Leszka Kałkowskiego przez ówczesnego rektora AE Jerzego Altkorna, jedynego jak do tej pory bezpartyjnego rektora AE, nie wróżyło mi nic dobrego. Prof. Kałkowskiego stopniowo poznawałem jako bezwzględnego karierowicza, zdolnego do każdej podłości w imię kariery zawodowej z perspektywą zdobycia wielkich pieniędzy, do których jako zawołany i znany w świecie numizmatyk, miał tzw. właściwy stosunek. Jego lansady na scenie Teatru Słowackiego wobec schyłkowej rządowej ekipy H. Jabłońskiego, wobec członków tejże ekipy, przybyłej na uroczysty Jubileusz AE, przebiła wszelkie lizusostwa z Gogola i „Pluskwy” Mąjakowskiego. Widząc bezwstydne zachowanie się swego pryncypała na oczach setek studentów zapędzonych na uroczystości Jubileuszowe AE, jego asystent dr St. Maciejowski ze wstydu za niego przepocił marynarkę na grzbiecie…

Profesorska pantomima na deskach scenicznych, była niejako ilustracją jego życiowego credo, które swego czasu przyniosło mu wiceministerstwo w budownictwie, a nieco później profesurę w krakowskiej AE. Jego głośne i publiczne manifestowane przywiązanie do marksizmu i do socjalizmu /sam wielokrotnie słyszałem jak ściskając w holu swych partyjnych pobratymców deklamował i deklarował się „bo my marksiści itd.” w zależności od kontekstu. Było to o tyle żałosne, że znałem jego tzw. „intelektualizm” i czystość partyjnej duszyczki, nieskalanej żadną myślą o swoim ideowym idolu, a także jego dbałość o nieskalaność serc i umysłów swoich asystentów, którym zakazywał kontaktów ze mną, nosicielem wszelkiego ideologicznego zła.

Muszę powiedzieć, że ci poczciwcy go słuchali. Przez kilkanaście lat udawali, że mnie me znają. Jego przykład i nauki nie poszły w las. Pamiętam jak jeden z nich, po wyjątkowo knąjackiej wypowiedzi propartyjnej na moją uwagę, że trzeba mieć choć trochę wstydu odpowiedział mi „co mi tam, za to będę miał talon na Ładę”. Istotnie za niedługo jeździł nowiutką Ładą z resortu budownictwa mieszkaniowego.

A zatem takiego osobnika o mentalności lokaja obrał rektor Altkorn na wykonawcę decyzji KW. PZPR, SB., swojej własnej, w obawie o stołek rektora, prof. Dyoniziaka, A. Szromnika , R. Borowieckiego, St. Lisa i innych licznych upodlonych i skorumpowanych uczonych AE. Ze swojego obowiązku Kałkowski wywiązał się znakomicie. Wprawdzie podczas ferowania wyroku wyrzucającego mnie z pracy, nieco się posmarkał, a nawet nieco zaniemówił na moment, co może i jest pewnym komplementem pod adresem jego Matki, która wpoiła mu pewne zasady postępowania, a z którymi konflikt sumienia w jaki popadł z mojego powodu na moment pozbawił go głosu, to w sumie jednak zapanował nad sytuacją, a nawet schował za siebie dłonie jakby w obawie, że przypadnę do nich w akcie skruchy i pocznę je całować. . .

Szczytem jego upadku jeśli mogę zastosować ten neologizm odnośnie Kałkowskiego, było jego wyznanie przed prokuratorem cyt: „Muszę powiedziecie gdy dowiedziałem się, że dr Gniadek został w Warszawie uniewinniony, to bardzo się ucieszyłem”.

Dopuściłbym taką przemianę u starego w końcu człowieka, gdyby nie fakt, że po zapoznaniu się z Warszawskim Wyrokiem publicznie powiedział cyt. „No i co z tego, że go uniewinnili, Warszawa tak, a my tak”, co by mogło jednak świadczyć o przyswojeniu przez Kałkowskiego metod dialektyki marksistowskiej.

Muszę wyznać, że możliwość jaką mi zesłał los, przesłuchiwania mojego dręczyciela sprzed kilkunastu laty, notabla uczelnianego i partyjnego, przed którym drżeli studenci i poniektórzy uczeni w AE, a który przybył do IPN, blady i zmięty po nieprzespanej nocy, z wyrytą na twarzy obawą o swój dalszy los, sprawiła mi ogromną satysfakcję.

Pytania jakie mu stawiałem, zmierzały do wyjaśnienia dręczących mnie od lat powodów, dla których ten nieznany mi osobnik z taką zajadłością mnie niszczył. Dlatego zadałem mu najważniejsze pytanie :”dlaczego Pan, jako przewodniczący Komisji Dyscyplinarnej, na podstawie tych samych faktów, które spowodowały uniewinnienie mnie przez Ministerialną Komisję Dyscyplinarną, w oparciu o te same fakty wywalił mnie na zbity pysk z AE. W miarę możności proszę mówić prawdę, gdyż stoi Pan przed Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w roli oskarżonego i w razie kłamstw grozi Panu dodatkowo trzy lata kryminału.”

Kałkowski, kompletnie załamany, z głową między kolanami długą chwilę milczał, po czym stłumionym głosem powiedział: „nie umiem Panu na to pytanie odpowiedzieć”. Dopiero w dwadzieścia lat później, po udostępnieniu mi archiwów IPN znalazłem odpowiedź na to pytanie. Kałkowski oczywiście doskonale wiedział o swoich mocodawcach z SB, doskonale wiedział, że bierze udział w łotrowskiej aferze montowanej przez Dyoniziaka, Altkorna i innych, ale również doskonale wiedział, jakie sprowadziłby na siebie niebezpieczeństwo, gdyby powiedział słowa prawdy. Na to wierny, ale i tchórzliwy syn swojej Partii nie był w stanie się zdobyć.

Wyznawszy na koniec prokuratorowi, że bardzo go ucieszył uniewinniający mnie wyrok w Warszawie, z wielką ulgą opuścił pokój przesłuchań. No, ale jakby powiedział Afgańczyk po wykastrowaniu sowieckiego żołnierza „gierojem bolsze nie budiesz.” Widuję niekiedy Kałkowskiego na ulicach Krakowa, na mój widok istotnie traci postawę gieroja…

Podczas przesłuchiwania Dyoniziaka, po raz pierwszy stwierdziłem, że prokurator Grądzki stara się za wszelką cenę uniemożliwić mi wyegzekwować od Dyoniziaka słowa prawdy. Ponieważ procedura przesłuchań nie pozwalała mi kierować pytań do przesłuchiwanego, a tylko do prokuratora, przeto każde moje pytanie obnażające postępowanie Dyoniziaka było uchylane. W ten sposób cała sekwencja moich pytań w sprawie mojego wystąpienia z Partii, histerycznej reakcji szefa na wiadomość, że w trakcie wykładu na pytanie studentów powiedziałem kto wymordował oficerów w Katyniu, o jego naciskach na Iwanicką aby odebrała z powrotem legitymację partyjną, co też i zrobiła zyskując sobie u studentów opinię, że to ta „co ma legitymację na gumce”, o jego próbach dostania się do uczelnianej „Solidarności ” niewątpliwie na polecenie SB, udaremnionych przez doc. Iwasiewicza i innych tego rodzaju pytań, których prokurator nie zamieścił w Protokole Przesłuchań sporządzanym własnoręcznie, została uchylona, co wpłynęło ujemnie na ogólny obraz przesłuchania. Zrozumiałem, że do moich przeciwników dołączył prokurator Grądzki.

Fakt ten bezwiednie podkreślił ściskając na pożegnanie dłonie Dyoniziaka zapewniając go, że sprawiło mu wielką radość poznanie go osobiste. Na moją ostrą reakcję, że w końcu to jest zwykły przestępca, którego za niedługo będziemy sądzić, Grądzki odpowiedział bynajmniej nie zażenowany, że jego słowa to zwykła formułka grzecznościowa.

Ale ja już wiedziałem swoje. Mafia SB-ecko uczelniana dała znać o sobie. Na koniec przesłuchania nastąpił incydent znakomicie obrazujący załganie Dyoniziaka. Otóż w chwilę po wyjściu z przesłuchania, wrócił się i usiłując uścisnąć mi rękę powiedział „życzę ci wszelkiej pomyślności” i wyszedł, tym razem na dobre.

Ale sprawa Katynia i mojej roli w wyjaśnianiu tej zbrodni nie dawała spokoju Dyoniziakowi nawet po moim opuszczeniu AE. Po udzieleniu wywiadu Stanisławowi Jankowskiemu pt. „Już można ze mną rozmawiać” zamieszczonemu w piśmie wydawanym przez AE, tj. w „Suplemencie”, w którym opowiedziałem o Dyoniziaku i Katyniu, Dyoniziak nie wytrzymał i w zwykły dla siebie sposób tzn. w anonimie przesłanym do m. in. Rektora Mikułowskiego-Pomorskiego, przedstawiając się tym razem jako były pracownik KW PZPR, doniósł na mnie /nawiązując do mego wywiadu/, że ja być może coś takiego o Katyniu powiedziałem, ale najpewniej w klozecie… Doniósłszy jeszcze o moich licznych kochankach i podejrzanej mojej działalności prywaciarskiej, zakończył wszystko podpisem „Karwacki, były pracownik KW PZPR”. Postanowiłem tym razem nie puścić mu tego płazem. Problem jednakże polegał na tym, że Dyoniziak pisał swoje anonimy na jednej jedynej maszynie przeznaczonej wyłącznie do pisania tych plugastw, i nie sposób było go przyłapać. Niemniej licząc na jego potknięcie przekazałem jego anonim do Pań bibliotekarek darzących mnie sympatią i stanowiących grupę szlachetnych i bezkompromisowych przeciwniczek reżimu zarówno w sensie ogólnym jak i reżimu Kałkowskich, Dyoniziaków, Lisów, Adamczyków itp. w AE. Zastawiona pułapka na Dyoniziaka przyniosła rezultaty. Do biblioteki wpłynął list Dyoniziaka w sprawie komputerów itp., napisany na tej specjalnych przeznaczeń maszynie. Natychmiast przekazałem oba pisma, tj. Anonim i pismo o komputery, ekspertowi-grafologowi prof. Antoniemu Felusiowi, który jednoznacznie na 9 stronach maszynopisu wykazał autorstwo anonimu wskazując na prof. dr hab. Ryszarda Dyoniziaka. Wynik ten kompromitujący ostatecznie mego byłego szefa przekazałem ówczesnemu rektorowi AE, również prof. dr hab. Jerzemu Mikułowskiemu- Pomorskiemu. Bez rezultatu. Mimo ewidentnego złamania przez Dyoniziaka zasad etyki pracownika akademickiego, rektor nie podjął żadnych kroków, tłumacząc się, że Dyoniziak przyjmował go do pracy w AE, zatem on sprawie ukręca łeb. I ukręcił. Dalszy ciąg tej historii jest wręcz niewiarygodny i doskonale ilustruje stopień upadku moralnego pracowników nauki w AE.

Otóż Dyoniziak, wobec upublicznienia sprawy owego anonimu, ni mniej ni więcej ogłosił, że do jego gabinetu wtargnął złodziej, skradł mu ową specjalną maszynę, na której pisze kompromitujące jego tj. Dyoniziaka anonimy. Bóg łaskaw, że nie wskazał na mnie jako na złodzieja. W związku z tym zażądał wymiany wszystkich zamków wiodących do jego apartamentów, w sumie okol 10 zamków. I ta kosztowna inwestycja w imię ratowania honoru zwykłego opryszka bez czci i właśnie honoru, mimo powszechnej wiedzy w AE o jego oszustwach, została potulnie przez władze AE wykonana. Jeżeli Czytelniku myślisz, że podniósł się choćby jeden głos protestu wśród ponad tysięcznej rzeszy uczonych AE, przeciwko haniebnym manipulacjom Dyoniziaka, to się niestety grubo mylisz. Jak w powieściach Sołżenicyna opisującego nocne aresztowania przez NKWD nikt nie zdobył się na choćby słowo protestu, poza tchórzliwym „towariszczy, ja? za szto?”

Kończąc opis moich przygód z Dyoniziakiem, chcę mocno podkreślić, że jego wręcz patologiczna działalność w AE, była i jest nadal możliwa dzięki równie amoralnej i tchórzliwej postawie całego środowiska uczelnianego. Problem ten tyczący właściwie wszystkich innych środowisk omówię szeroko w końcowym rozdziale niniejszej pracy.

cz.2 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

Stanisław Gniadek – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie -cz.2

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Świadek Ryszard Dyoniziak.

Jako pierwszy miał być przesłuchiwany prof. dr hab. Ryszard Dyoniziak, profesor socjologii, wieloletni kierownik Zakładu Socjologii w AE, w którym przepracowałem 14 lat, w tym 10 lat na stanowisku adiunkta. R. Dyoniziak nie wiedząc jaki będzie miał charakter przesłuchania, mimo trzechkrotnego wezwania nie pojawił się w IPN. Pojawił się dopiero pod groźbą dostawienia go przez Policję w dniu 21 września 2006 roku, po zebraniu informacji o nader łagodnym przebiegu przesłuchań prok. Grądzkiego od innych wcześniej przesłuchiwanych. Po szerokim i szczegółowym przedstawieniu swoich zalet intelektualno-moralnych, podał prokuratorowi cały szereg kłamstw tyczących naszych wzajemnych relacji w Zakładzie Socjologii. Przeglądając jego zeznania właściwie nie ma ani jednego zdania prawdziwego, poza -co nie jest zbyt pewnym – datą urodzenia i miejscem zamieszkania. I tak np. z Prot. Przesłuchań nikt się nie dowie, że jego promotorstwo mojego doktoratu odbyło się bez przeczytania przez niego mojej pracy, że nigdy nie odbyła się żadna dyskusja na jej temat, poza pewnym incydentem w Parku Szczawnickim, gdzie w obecności dr Pacholskiego prof. Dyoniziak wypowiedział kilka tzw. dowcipów na temat mojego doktoratu. Nikt również nie będzie wiedział, że mój doktorat broniony na UŚ w Katowicach, na skutek fatalnych notowań Dyoniziaka w UŚ, który po moim zakończeniu obrony został wydalony z UŚ, padł na Radzie Wydziału. Że dopiero obrona Dyr. Inst. Socjologii UŚ prof. Mrozkowej, która zarzuciła Radzie, „że można zniecierpieć Dyoniziaka, ale wara im ode mnie, ” spowodowała, że po tej reprymendzie Rada w ponownym głosowaniu nadała mi tytuł doktora. Nikt też nie będzie wiedział, że wszystkie egzaminy związane z doktoratem, tj. filozofię i socjologię zdałem na piątki, z wpisem do protokołu prof. UŚ, Jacka Wodza, że mój egzamin był na wyjątkowo wysokim poziomie.

Z zeznań Dyoniziaka wynikałoby, że cały mój doktorat to wyłącznie jego zasługa. Jeśli dodam, że podczas pierwszego spotkania z prof. Mrozkową, Ona sądząc, że jestem jego alter ego nie podała mi na przywitanie ręki, to Czytelnik zrozumie co mi to wróżyło. Prof. Mrozkowa radykalnie zmieniła zdanie o mnie po wysłuchaniu mojej obrony pracy, stąd Jej obrona mnie na Radzie. . .

Dyoniziak kłamał w sposób chytry i zarazem patologiczny. Zmierzał bowiem do wykazania, że ja z różnych powodów, m. in. słabego zdrowia nie nadawałem się na nauczyciela akademickiego. Kłamstwo to było o tyle naiwne, że ja przez kilkanaście lat pracy na AE nigdy nie chorowałem . Kłamał mówiąc o mojej niewydolności naukowej, podczas gdy wielokrotnie przedstawiałem mu swoje artykuły obcinane przez cenzurę, co wykazywałem przed Komisją E. Łukawera. Kłamał mówiąc, że nie interesowało go moje wystąpienie z PZPR, a byłem wówczas I sekr. OOP na naszym Wydziale, i co spowodowało odejście z partii prawie wszystkich studentów AE. Kłamał, albowiem podczas awantury o moje wystąpienie, użył niezwykłego argumentu, że ja udaremniam politykę Breżniewa w Moskwie. Jego presja wobec innej pracownicy Zakładu dr Krystynie Iwanickiej spowodowała odebranie z powrotem przez nią legitymacji, oraz jej wstyd i sromotę w środowisku studenckim.

Dyoniziak bezczelnie kłamał, mówiąc o jego pomocy w mojej pracy habilitacyjnej . Przedstawiłem prokuratorowi dokument, który miał mi pomóc w zbieraniu materiałów do pracy habilitacyjnej . pt. „Socjologiczne problemy przedwczesnych emerytur”, który to problem był jednym z najważniejszych w kończącej się gospodarce kraju /rok 1983/. Zgody na pracę habilitacyjną i pomocy Instytutu nie otrzymałem nigdy.

Szczytem hipokryzji i zakłamania było jego zeznanie, że nie orientował się w szczegółach mojego zwolnienia dyscyplinarnego, podczas gdy to on właśnie był jego inicjatorem z polecenia jak się później okazało władz partyjnych i SB.

Ponieważ jego kłamstwa to każda linijka tekstu Przesłuchań, więc ograniczę się do najbardziej spektakularnych. Otóż Dyoniziak podaje, że mój krytyczny artykuł w TP ukazał się w r. 1986, a jego pismo do Rektora w sprawie zwolnienia mnie z pracy było wysłane kilka miesięcy wcześniej, a zatem przed powstaniem konfliktu w Zakładzie. Otóż ten koronny argument to kolejne kłamstwo Dyoniziaka. Artykuł o poziomie podręczników płodzonych przez spółkę Dyoniziak, Mikułowski – Pomorski, uczonych AE, tak niemiłosiernie skrytykowany przez Kisiela w oparciu o materiały przesłane mu przeze mnie ukazał się w TP w roku 1984. , a więc po nabraniu rozgłosu w całej Polsce. Stąd zemsta Dyoniziaka. I ostatnie haniebne kłamstwo profesora. Mianowicie, że się ucieszył, gdy Rada SZSP wniosła o nadanie mi Nagrody Ministra za Dydaktykę. Prawda była jakże odmienna. Mianowicie studenci  z Rady zatelefonowali do mnie ze swego Biura mówiąc o niezwykłym wydarzeniu, tj. że w ich pomieszczeniu goszczą prof. Dyoniziaka, który aktualnie urządza im chamską awanturę o to, że wytypowali mnie do Nagrody Ministra, co wg niego jest ingerencją w sprawy kadrowe jego Zakładu. Za moją poradą  studenci wyrzucili prof. Dyoniziaka za drzwi.

Tych kilka uwag o kłamstwach profesora socjologii, nauczyciela i wychowawcy kilku pokoleń studentów podczas procesu sądowego, a więc w warunkach szczególnie znaczących dla ustalania prawdy, dowodzi z jaką kreaturą mamy do czynienia. Przypadek ten będzie znakomitym przykładem w moich dalszych rozważaniach nad głęboko zdemoralizowanym środowiskiem naukowym AE i innych uczelni Krakowa.

cz.1 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie – Wstęp

STANISŁAW GNIADEK

OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

MOTTO: Nie bój się wrogów, w najgorszym razie mogą cię zabić. Nie bój się przyjaciół, w najgorszym razie mogą cię zdradzić. Strzeż się obojętnych-nie zabijają i nie zdradzają, ale za ich milczącą zgodą mord i zdrada istnieją na świecie.

/w: Marian Mazur 1970 Historia naturalna polskiego naukowca/

KRAKÓW 2008.

Słowo wstępne.

W dniu 26 czerwca 2006 roku zostało wydane postanowienie o wszczęciu śledztwa przez IPN – Komisję ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przeciwko Akademii Ekonomicznej w Krakowie oskarżonej o to ,że w sposób złośliwy i uporczywy naruszyła moje prawa pracownicze poprzez niezasadne wszczęcie postępowania dyscyplinarnego i zwolnienie mnie z pracy.

Osobami podlegającymi procedurze przesłuchania w roli świadków byli:

1. Prof.dr hab. Ryszard Dyoniziak

2.    -„-       Czesława Żuławska

3.    -„-       Leszek Kałkowski

4.    -„-       Stanisław Lis

5.    -„-       Jan Targalski

6.    -„-       Jan Szpak

7.    -„-      Jerzy Hausner

Moją pierwszą część pracy opisującej Akademię Ekonomiczną pt. „Anatomia przestępstw uczelnianych, czyli być adiunktem krakowskiej Akademii Ekonomicznej”, zakończyłem Protokołami Przesłuchań prof. AE przez prokuratora P. Grądzkiego, oraz moim zażaleniem na umorzenie Śledztwa dokonanym przez tegoż prokuratora.

W Zażaleniu stwierdziłem że:

1 .Kategorycznie i w pełni odrzucam postanowienie w żadnym stopniu nie odzwierciedlającym istotę i przyczyny krzywdy jaką mi wyrządziła komisja dyscyplinarna  AE.

2 .Postanowienie w rażący sposób odbiega od Postanowienia podjętego w tej sprawie przez Ministerialną Komisję Dyscyplinarną , która w pełni uniewinniła mnie od zarzutów KD AE.

3. Śledztwo było prowadzone nierzetelnie i tendencyjnie, co przejawiało się w odbieraniu mi przez prokuratora prawa do zadawania pytań świadkom, które były decydujące w wyjaśnianiu przestępczej działalności świadków wobec Narodu jak i wobec mnie/casus premiera Hausnera i Dyoniziaka /

Treść:

1. Szczegółowy opis przesłuchań członków Komisji Dyscyplinarnej AE, przez Komisję Ścigania Zbrodni p-ko Narodowi Polskiemu w roku 2006.

a. Przesłuchanie R. Dyoniziaka

b.  Przesłuchanie L. Kałkowskiego

c. Uwagi o rektorze AE J .Altkornie

d. Przesłuchanie St. Lisa

e.   Przesłuchanie J. Hausnera

f. Przesłuchanie Cz. Żuławskiej

g.   Przesłuchanie J.Szpaka

h.   Przesłuchanie J.Targalskiego

2. Rola i znaczenie R .Dyoniziaka w funkcjonowaniu Zakładu Socjologii w AE.

3. Wykaz funkcjonariuszy SB w AE.

4. Kalendarium wydarzeń.

5. Spis dokumentów / listy, pisma /.

6. Podziękowania dla osób wspierających Autora w ciężkich chwilach.

7. Uwagi końcowe.

————-

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Przesłuchania dokonywały się w każdy poniedziałek o g. 10 00, począwszy od dnia 21 sierpnia 2006 roku w siedzibie IPN w Krakowie przy ul. Reformackiej 3. Przesłuchiwał prok. lPN Piotr Grądzki, w roli oskarżyciela posiłkowego występował dr Stanisław Gniadek. Oskarżycielowi posiłkowemu przysługiwało prawo nagrywania przesłuchania zarówno głosu jak i obrazu jednak z braku aparatury nie skorzystałem z tego prawa, sądzac, że protokołowanie przesłuchania przez prok. Grądzkiego będzie wystarczaj ąco rzetelne. Był to mój poważny błąd.

cd. nastąpi

Gułag Kraków – Jeden dzień w życiu krakowskiego socjologa

Stanisław Gniadek

cały tekst

Mój socjologiczny dzień wolny od wykładów w krakowskiej Akademii Pedagogicznej tu opisany, rozpoczął się rankiem 14 maja od radosnego i wyczekiwanego momentu otrzymania wypłaty za wykłady z socjologii i historii myśli społecznej. Podjąwszy swoje „honorarium” -w wysokości 900 złotych, czułem się przez kilka chwil jak nabab i king of life, do momentu uświadomienia sobie długów i należności, które muszę z tych pieniędzy opłacić. Wprawdzie kilka dni wcześniej przedłożyłem Rektorowi AP pismo, w którym nieśmiało proponowałem podwyższenie mi zarobków do wysokości pensji przeciętnej sprzątaczki w AP, czyli do kwoty 1500 zł. brutto, bądź w razie niemożności spełnienia mej prośby, zaprotegowania mnie przy moich staraniach się o etat sprzątacza w zacnej AP, ale me niewygórowane prośby kolegialnie zostały odrzucone.

Wywiad z dr. Stanisławem Gniadkiem :Dlaczego lustracja świata nauki w Polsce jest konieczna ?

całość na NFA: Dlaczego lustracja świata nauki w Polsce jest konieczna ?

Niestety, z uwagi na to, że zaangażowałem się w walce o lustrację, jestem niemal zobligowany do sięgania do tamtych koszmarnych lat, które dopiero przed kilku dniami doczekały się wyjaśnienia dzięki prokuratorowi IPN Piotrowi Piątkowi i skrupulatności archiwistów IPN.

A więc sprawa moja zaczęła się wyjaśniać od dnia 26 czerwca 2006 roku kiedy to zapadła decyzja w IPN Oddz. Kraków wszczęcia śledztwa przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przeciwko członkom Komisji Dyscyplinarnej AE w Krakowie i jej przewodniczącemu prof. dr hab. Leszkowi Kałkowskiemu za to, że w roku 1987 zwolniła mnie dyscyplinarnie z pracy na stanowisku adiunkta w Zakładzie Socjologii AE. Zwolnienie było bezprawne i bezpodstawne, a dokonane w sposób klasyczny dla państwa bezprawia. Mianowicie cofnięto mi wszelkie zajęcia, a po dwóch miesiącach zostałem dyscyplinarnie zwolniony za niewykonywanie obowiązków nauczyciela akademickiego.”

„Tajemnica bezkarnych działań mojego kierownika w AE prof dr hab. Ryszarda Dyoniziaka oraz całej uczelnianej kamaryli z obecnym rektorem Ryszardem Borowieckim na czele na którym ciążą bardzo poważne zarzuty rozmaitej natury sprawa znalazła wyjaśnienie w aktach IPN udostępnionych mi przez IPN w związku z podjęciem decyzji w czerwcu br o rewizji Umorzenia Śledztwa prowadzonego przez prok. Piotra Grądzkiego, na którego złożyłem zażalenie w r.2006 do Prokuratury Generalnej.

Hańba dwóch rektorów i jednego kanclerza

 

Stanisław Gniadek

 

Hańba dwóch rektorów i jednego kanclerza

( w moich oczach)

 

Prof. Stanisław Gniadek, znany krakowski socjolog, wieloletni wykładowca socjologii w kilku krakowskich uczelniach nie ma szczęścia do rektorów. Złe fatum prześladuje go od wielu lat.

Początki giną w mrokach dziejów, kiedy to na wniosek rektora J. Altkorna w AE, ale z inspiracji Służby Bezpieczeństwa, a konkretnie Jego kierownika Zakładu Socjologii w AE, jak się ostatnio wydało, wysokiego funkcjonariusza SB prof. dr hab. Ryszarda Dyoniziaka o nieskomplikowanej ksywie SB „Ryszard”, został dyscyplinarnie wyrzucony z pracy w AE.

Nic mu nie pomogło, że z rąk swoich studentów otrzymywał liczne dowody uznania w postaci Dyplomów w Konkursach na Najlepszego Dydaktyka, a nawet nominację SZSP do Nagrody Ministra za dydaktykę. Dyrektywa SB została spełniona co do joty.

Prof. Gniadek przez kilkanaście lat ścigany „Wilczym Biletem ” z AE nie mógł dostać pracy nie tylko w swoim umiłowanym zawodzie, ale praktycznie w żadnym innym. Że konsekwencją tego było życie wraz rodziną w siermiężnej nędzy to sprawa oczywista. Jego niskie miesięczne dochody przez wiele lat spowodowały wielkie zadłużenie,które miesiąc temu spłacił własnym mieszkaniem,stając się bezdomnym wraz z Żoną i trzema kotami. Stał się za tym członkiem wielkiej grupy ludzi bezdomnych,o których pisał swoje książki socjologiczne i liczne eseje i artykuły. Obecnie mieszka od kilkunastu dni w DS „Atol” w Krakowie na Rybitwach, jak za dawnych studenckich czasów.

I tu czas i miejsce na opis drugiej hańby rektora, tym razem rektora Akademii Pedagogicznej właścicielki DS”Atol”. Zamieszkawszy w pokoju „Atola” prof.Gniadek lojalnie wpłacał 30 złotych za dobę. Aliści, o czym było wcześniej, jego dochody m.in z racji wykładów socjologii w AP, są więcej niż skromne, gdyż w porywach osiągają wysokość 900 złotych co przy kosztach utrzymania siebie i niepracującej Żony nie jest kwotą oszałamiającą. Z tej to melancholijnej przyczyny, a także z powodu otrzymania promocji od swych studentów w dniu 25 czerwca br do Nagrody Ministra I-go stopnia, a więc najwyższego uznania od studentów, uznał dość naiwnie, że ma legitymację do prośby rektora AP prof.H.Żalińskiego o obniżkę komornego.

Rektor przychylił się do prośby „inaczej”, mianowicie podniósł stawkę prof. Gniadkowi o 5 złotych na dobę……

I dobrze , i tak trzeba,jak mówił Broniewski „tak wyrasta się na człowieka”/dość biednego przyp. mój SG./

O ile opisany wypadek miał miejsce kilka dni temu, to inny szkaradny rektorski postępek miał miejsce trzy lata temu, ale ze względu na swój charakter został głęboko wryty w pamięć prof.Gniadka.

Otóż prodziekan Wydz Zarządzania AGH, dr Marek Drożdż poznawszy z autopsji talenta pedagogiczne prof. Gniadka, nakłonił Go do prowadzenia w semestrze zimowym wykładów z socjologii na swoim Wydziale. Prof. Gniadek tkwiący wówczas w głębokim bezrobociu, stęskniony za studentami i wykładami przystał natychmiast. Ustna umowa z prodziekanem przewidywała wynagrodzenie za semestr wykładów ok 2000 złotych.

Po zakończeniu zajęć, prof. Gniadek nieśmiało, jak to bezrobotny, upomniał się o zapłatę. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma mowy o żadnych dwóch tysiącach, natomiast może być mowa o dwustu złotych i to wypłaconych za dziesięć miesięcy, czyli w listopadzie.

Po lekkim omdleniu na tę hiobową wieść, prof. Gniadek zwrócił się do rektora AGH A. Tajdusia , skądinąd najbogatszej uczelni Krakowa, o umówioną zapłatę. Tak -wobec milczenia A. Tajdusia – zwracał się jeszcze czterokrotnie. Bez skutku, w związku z tym pozwał AGH do Sądu Rejonowego w Krakowie,gdzie sprawa spoczywa od prawie dwóch lat,/sygn.Akt I Co 2699/07/K.

Przypadek trzeci, tym razem w wykonaniu Kanclerza UJ, pana T. dr Skarbka, związana była z moim niewczesnym zamiarem wygłoszenia odczytu w Auli Collegium Maximum w Krakowie, zatytułowanym  „Socjologia nędzy czy nędza socjologii, czyli o konieczności lustracji w polskiej nauce”.

Mam moralne prawo wygłaszania takich odczytów. To w końcu ja z wyroków Kamaryli esbecko-partyjnej w AE, zwolniony dyscyplinarnie przez Komisję Dyscyplinarną pod kierownictwem sławnego numizmatyka Leszka Kałkowskiego, ścigany wilczym biletem byłem pozbawiony pracy a w konsekwencji nawet obecnie mieszkania.

Po pięciokrotnej wizycie na pokojach Skarbka i złożeniu odpowiednio czołobitnych i pokornych pism, z prośbą o udostępnienie mi Auli, Skarbek, dysponent Auli wybudowanej w końcu z pieniędzy społecznych na potrzeby studentów, zachował się podobnie jak obraz do którego dziad itd.

Różne miałem ważkie przyczyny aby wygłosić swój odczyt w UJ-owskich apartamentach. Jednym z nich, aczkolwiek nie najważniejszym, było ukończenie studiów socjologicznych na UJ, oraz asystentura u Prof. Pawła Rybickiego w Katedrze Socjologii i Demografii UJ. Jak dla Skarbka było to stanowczo za mało.

Po ostatniej wizycie bez odpowiedzi kanclerza, a także rektora UJ p. Musioła, uznałem, że odczyt musi się jednak odbyć, tym bardziej, że został rozplakatowany w grodzie Kraka, z czym oczywiście były związane niemałe koszty.

W dniu 7 lipca br o g.17 30 co było uzgodnione z kierowniczką Auli, pojawiłem się pod ową Aulą wraz z licznymi osobami ciekawymi moich wynurzeń odczytowych. Aula była jednak zamknięta na głucho i ciemno, a zapytany o ten osobliwy sposób załatwienia moich wielu próśb, kierownik Auli odparł beztrosko, że Aula idzie do remontu, wprawdzie dopiero za miesiąc ale zawsze….Pod krótką moją nieobecność wygłosił do zebranych kilka inwektyw pod moim adresem, po czym się oddalił. Ja z kolei wygłosiłem na schodach kilka również inwektyw, ale pod innym adresem.

Reszta naszego sympatycznego spotkania dokonała się w narożnym barze przy piwie i rozmowach.Kto wie czy to zakończenie odczytu nie było bardziej przyjemne dla uczestników, niż pobyt w ogromnej Auli.

Znam oczywiście prawdziwą przyczynę tej oziębłości władz UJ wobec mnie i mojego odczytu. Odpowiedzi mógłby udzielić list, skierowany do mojego Zakładu Badań Socjologicznych, przez Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry z sierpnia ub. roku, w którym Autor recenzuje moją książkę pt. Anatomia przestępstw uczelnianych czyli być adiunktem w krakowskiej AE  pisząc, że książka ta „z pewnością okaże się przydatną lekturą w kontekście prób dekomunizacji świata nauki w Polsce, doceniam również, iż poprzez przysłanie mi swej pracy chciał Pan wesprzeć moje działania na rzecz szerzenia praworządności w Polsce”.

Całkiem niedawno ukazała się książka Wiesława Zabłockiego pt . Co o nas wiedzieli w której Autor podał do publicznej wiadomości o co najmniej dwudziestu kilku pracownikach naukowych UJ, tajnych współpracownikach SB. Autor – o życiorysie jakże podobnym do mojego a także do legendarnego już dr Józefa Wieczorka, weterana walk ze skostniałą biurokracją UJ, gdzie z wielkim sukcesem nauczał studentów geologii – podał do publicznej wiadomości ponurą wiadomość, że jego prześladowcy nadal w pewnym sensie pracują w UJ i mają się doskonale .

Że w stosunku do nich Senat nie wyciągnął żadnych konsekwencji to znaczy nie wylał ich na tzw. zbity pysk to rzecz rzecz powszechnie wiadoma. Tę skandaliczną sprawę wzięli w swe ręce studenci UJ, bojkotując wykłady kolaborantów i czyniąc ich w ten sposób personami non grata w tej starej zasłużonej Alma Mater. Tej zbędności nie dostrzegli niektórzy członkowie Senatu.

Postawa różnych „skarbków” w opisanej sprawie z pewnego kaducznego punktu widzenia jest sensowna i logiczna,w domu powieszonego nie rozmawia się o sznurku.

Natomiast jestem przekonany, że w oczach Skarbka znalazł by uznanie i wręcz aplauz oraz wolną Aulę np. Odczyt prof. dr hab. Stanisława Lisa, dyrektora Instytutu Ekonomicznego/dawniej Politycznego /w AE,oparty o jego odkrywczą pracę naukową z niedawnych lat pod tytułem „Vademecum Słuchacza Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu” z podtytułem wprowadzającym czytelnika w meritum sprawy tj. „Wybrane problemy marksistowskiej ekonomii politycznej„, wydanej przez zasłużoną oficynę wydawniczą tj.”WUML KW PZPR w Nowym SĄCZU”.

Proponowałbym też Skarbkowi kontynuowanie tej tematyki w jego nieskalanej Auli np. Odczyt pt. „Przewodnik metodyczny do studiowania ekonomii politycznej socjalizmu”,znakomitej pracy napisanej pod światłą redakcją Adama Rybarskiego, wydanej w AE w roku 1987/sic!/, gdzie na licznych stronach uczeni AE prowadzą dyskurs z niejakim Józefem Wisarionowiczem Stalinem występującym w przerwach poświęconych Katyniowi w roli tym razem wybitnego ekonomisty.

A więc skarbkowie wszystkich krajów łączcie się w dziele odporu wszelkim lustracjom, a także „Wrogie/?/ręce precz od naszych Auli”.

P.S.

O skandalach czy wręcz chamstwach w wykonaniu innych rektorów, np rektora Jana Ostoi w Wyższej Szkole Bankowości i Finansów w Bielsku Białej, czy też o moim faworycie rektorze AE Ryszardzie Borowieckim w AE opowiem innym razem.

Prof.dr Stanisław Gniadek