cz.3 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

Stanisław Gniadek – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie -cz.3

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Świadek  Leszek Kałkowski.

Powołanie prof. dr hab. Leszka Kałkowskiego przez ówczesnego rektora AE Jerzego Altkorna, jedynego jak do tej pory bezpartyjnego rektora AE, nie wróżyło mi nic dobrego. Prof. Kałkowskiego stopniowo poznawałem jako bezwzględnego karierowicza, zdolnego do każdej podłości w imię kariery zawodowej z perspektywą zdobycia wielkich pieniędzy, do których jako zawołany i znany w świecie numizmatyk, miał tzw. właściwy stosunek. Jego lansady na scenie Teatru Słowackiego wobec schyłkowej rządowej ekipy H. Jabłońskiego, wobec członków tejże ekipy, przybyłej na uroczysty Jubileusz AE, przebiła wszelkie lizusostwa z Gogola i „Pluskwy” Mąjakowskiego. Widząc bezwstydne zachowanie się swego pryncypała na oczach setek studentów zapędzonych na uroczystości Jubileuszowe AE, jego asystent dr St. Maciejowski ze wstydu za niego przepocił marynarkę na grzbiecie…

Profesorska pantomima na deskach scenicznych, była niejako ilustracją jego życiowego credo, które swego czasu przyniosło mu wiceministerstwo w budownictwie, a nieco później profesurę w krakowskiej AE. Jego głośne i publiczne manifestowane przywiązanie do marksizmu i do socjalizmu /sam wielokrotnie słyszałem jak ściskając w holu swych partyjnych pobratymców deklamował i deklarował się „bo my marksiści itd.” w zależności od kontekstu. Było to o tyle żałosne, że znałem jego tzw. „intelektualizm” i czystość partyjnej duszyczki, nieskalanej żadną myślą o swoim ideowym idolu, a także jego dbałość o nieskalaność serc i umysłów swoich asystentów, którym zakazywał kontaktów ze mną, nosicielem wszelkiego ideologicznego zła.

Muszę powiedzieć, że ci poczciwcy go słuchali. Przez kilkanaście lat udawali, że mnie me znają. Jego przykład i nauki nie poszły w las. Pamiętam jak jeden z nich, po wyjątkowo knąjackiej wypowiedzi propartyjnej na moją uwagę, że trzeba mieć choć trochę wstydu odpowiedział mi „co mi tam, za to będę miał talon na Ładę”. Istotnie za niedługo jeździł nowiutką Ładą z resortu budownictwa mieszkaniowego.

A zatem takiego osobnika o mentalności lokaja obrał rektor Altkorn na wykonawcę decyzji KW. PZPR, SB., swojej własnej, w obawie o stołek rektora, prof. Dyoniziaka, A. Szromnika , R. Borowieckiego, St. Lisa i innych licznych upodlonych i skorumpowanych uczonych AE. Ze swojego obowiązku Kałkowski wywiązał się znakomicie. Wprawdzie podczas ferowania wyroku wyrzucającego mnie z pracy, nieco się posmarkał, a nawet nieco zaniemówił na moment, co może i jest pewnym komplementem pod adresem jego Matki, która wpoiła mu pewne zasady postępowania, a z którymi konflikt sumienia w jaki popadł z mojego powodu na moment pozbawił go głosu, to w sumie jednak zapanował nad sytuacją, a nawet schował za siebie dłonie jakby w obawie, że przypadnę do nich w akcie skruchy i pocznę je całować. . .

Szczytem jego upadku jeśli mogę zastosować ten neologizm odnośnie Kałkowskiego, było jego wyznanie przed prokuratorem cyt: „Muszę powiedziecie gdy dowiedziałem się, że dr Gniadek został w Warszawie uniewinniony, to bardzo się ucieszyłem”.

Dopuściłbym taką przemianę u starego w końcu człowieka, gdyby nie fakt, że po zapoznaniu się z Warszawskim Wyrokiem publicznie powiedział cyt. „No i co z tego, że go uniewinnili, Warszawa tak, a my tak”, co by mogło jednak świadczyć o przyswojeniu przez Kałkowskiego metod dialektyki marksistowskiej.

Muszę wyznać, że możliwość jaką mi zesłał los, przesłuchiwania mojego dręczyciela sprzed kilkunastu laty, notabla uczelnianego i partyjnego, przed którym drżeli studenci i poniektórzy uczeni w AE, a który przybył do IPN, blady i zmięty po nieprzespanej nocy, z wyrytą na twarzy obawą o swój dalszy los, sprawiła mi ogromną satysfakcję.

Pytania jakie mu stawiałem, zmierzały do wyjaśnienia dręczących mnie od lat powodów, dla których ten nieznany mi osobnik z taką zajadłością mnie niszczył. Dlatego zadałem mu najważniejsze pytanie :”dlaczego Pan, jako przewodniczący Komisji Dyscyplinarnej, na podstawie tych samych faktów, które spowodowały uniewinnienie mnie przez Ministerialną Komisję Dyscyplinarną, w oparciu o te same fakty wywalił mnie na zbity pysk z AE. W miarę możności proszę mówić prawdę, gdyż stoi Pan przed Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w roli oskarżonego i w razie kłamstw grozi Panu dodatkowo trzy lata kryminału.”

Kałkowski, kompletnie załamany, z głową między kolanami długą chwilę milczał, po czym stłumionym głosem powiedział: „nie umiem Panu na to pytanie odpowiedzieć”. Dopiero w dwadzieścia lat później, po udostępnieniu mi archiwów IPN znalazłem odpowiedź na to pytanie. Kałkowski oczywiście doskonale wiedział o swoich mocodawcach z SB, doskonale wiedział, że bierze udział w łotrowskiej aferze montowanej przez Dyoniziaka, Altkorna i innych, ale również doskonale wiedział, jakie sprowadziłby na siebie niebezpieczeństwo, gdyby powiedział słowa prawdy. Na to wierny, ale i tchórzliwy syn swojej Partii nie był w stanie się zdobyć.

Wyznawszy na koniec prokuratorowi, że bardzo go ucieszył uniewinniający mnie wyrok w Warszawie, z wielką ulgą opuścił pokój przesłuchań. No, ale jakby powiedział Afgańczyk po wykastrowaniu sowieckiego żołnierza „gierojem bolsze nie budiesz.” Widuję niekiedy Kałkowskiego na ulicach Krakowa, na mój widok istotnie traci postawę gieroja…

Podczas przesłuchiwania Dyoniziaka, po raz pierwszy stwierdziłem, że prokurator Grądzki stara się za wszelką cenę uniemożliwić mi wyegzekwować od Dyoniziaka słowa prawdy. Ponieważ procedura przesłuchań nie pozwalała mi kierować pytań do przesłuchiwanego, a tylko do prokuratora, przeto każde moje pytanie obnażające postępowanie Dyoniziaka było uchylane. W ten sposób cała sekwencja moich pytań w sprawie mojego wystąpienia z Partii, histerycznej reakcji szefa na wiadomość, że w trakcie wykładu na pytanie studentów powiedziałem kto wymordował oficerów w Katyniu, o jego naciskach na Iwanicką aby odebrała z powrotem legitymację partyjną, co też i zrobiła zyskując sobie u studentów opinię, że to ta „co ma legitymację na gumce”, o jego próbach dostania się do uczelnianej „Solidarności ” niewątpliwie na polecenie SB, udaremnionych przez doc. Iwasiewicza i innych tego rodzaju pytań, których prokurator nie zamieścił w Protokole Przesłuchań sporządzanym własnoręcznie, została uchylona, co wpłynęło ujemnie na ogólny obraz przesłuchania. Zrozumiałem, że do moich przeciwników dołączył prokurator Grądzki.

Fakt ten bezwiednie podkreślił ściskając na pożegnanie dłonie Dyoniziaka zapewniając go, że sprawiło mu wielką radość poznanie go osobiste. Na moją ostrą reakcję, że w końcu to jest zwykły przestępca, którego za niedługo będziemy sądzić, Grądzki odpowiedział bynajmniej nie zażenowany, że jego słowa to zwykła formułka grzecznościowa.

Ale ja już wiedziałem swoje. Mafia SB-ecko uczelniana dała znać o sobie. Na koniec przesłuchania nastąpił incydent znakomicie obrazujący załganie Dyoniziaka. Otóż w chwilę po wyjściu z przesłuchania, wrócił się i usiłując uścisnąć mi rękę powiedział „życzę ci wszelkiej pomyślności” i wyszedł, tym razem na dobre.

Ale sprawa Katynia i mojej roli w wyjaśnianiu tej zbrodni nie dawała spokoju Dyoniziakowi nawet po moim opuszczeniu AE. Po udzieleniu wywiadu Stanisławowi Jankowskiemu pt. „Już można ze mną rozmawiać” zamieszczonemu w piśmie wydawanym przez AE, tj. w „Suplemencie”, w którym opowiedziałem o Dyoniziaku i Katyniu, Dyoniziak nie wytrzymał i w zwykły dla siebie sposób tzn. w anonimie przesłanym do m. in. Rektora Mikułowskiego-Pomorskiego, przedstawiając się tym razem jako były pracownik KW PZPR, doniósł na mnie /nawiązując do mego wywiadu/, że ja być może coś takiego o Katyniu powiedziałem, ale najpewniej w klozecie… Doniósłszy jeszcze o moich licznych kochankach i podejrzanej mojej działalności prywaciarskiej, zakończył wszystko podpisem „Karwacki, były pracownik KW PZPR”. Postanowiłem tym razem nie puścić mu tego płazem. Problem jednakże polegał na tym, że Dyoniziak pisał swoje anonimy na jednej jedynej maszynie przeznaczonej wyłącznie do pisania tych plugastw, i nie sposób było go przyłapać. Niemniej licząc na jego potknięcie przekazałem jego anonim do Pań bibliotekarek darzących mnie sympatią i stanowiących grupę szlachetnych i bezkompromisowych przeciwniczek reżimu zarówno w sensie ogólnym jak i reżimu Kałkowskich, Dyoniziaków, Lisów, Adamczyków itp. w AE. Zastawiona pułapka na Dyoniziaka przyniosła rezultaty. Do biblioteki wpłynął list Dyoniziaka w sprawie komputerów itp., napisany na tej specjalnych przeznaczeń maszynie. Natychmiast przekazałem oba pisma, tj. Anonim i pismo o komputery, ekspertowi-grafologowi prof. Antoniemu Felusiowi, który jednoznacznie na 9 stronach maszynopisu wykazał autorstwo anonimu wskazując na prof. dr hab. Ryszarda Dyoniziaka. Wynik ten kompromitujący ostatecznie mego byłego szefa przekazałem ówczesnemu rektorowi AE, również prof. dr hab. Jerzemu Mikułowskiemu- Pomorskiemu. Bez rezultatu. Mimo ewidentnego złamania przez Dyoniziaka zasad etyki pracownika akademickiego, rektor nie podjął żadnych kroków, tłumacząc się, że Dyoniziak przyjmował go do pracy w AE, zatem on sprawie ukręca łeb. I ukręcił. Dalszy ciąg tej historii jest wręcz niewiarygodny i doskonale ilustruje stopień upadku moralnego pracowników nauki w AE.

Otóż Dyoniziak, wobec upublicznienia sprawy owego anonimu, ni mniej ni więcej ogłosił, że do jego gabinetu wtargnął złodziej, skradł mu ową specjalną maszynę, na której pisze kompromitujące jego tj. Dyoniziaka anonimy. Bóg łaskaw, że nie wskazał na mnie jako na złodzieja. W związku z tym zażądał wymiany wszystkich zamków wiodących do jego apartamentów, w sumie okol 10 zamków. I ta kosztowna inwestycja w imię ratowania honoru zwykłego opryszka bez czci i właśnie honoru, mimo powszechnej wiedzy w AE o jego oszustwach, została potulnie przez władze AE wykonana. Jeżeli Czytelniku myślisz, że podniósł się choćby jeden głos protestu wśród ponad tysięcznej rzeszy uczonych AE, przeciwko haniebnym manipulacjom Dyoniziaka, to się niestety grubo mylisz. Jak w powieściach Sołżenicyna opisującego nocne aresztowania przez NKWD nikt nie zdobył się na choćby słowo protestu, poza tchórzliwym „towariszczy, ja? za szto?”

Kończąc opis moich przygód z Dyoniziakiem, chcę mocno podkreślić, że jego wręcz patologiczna działalność w AE, była i jest nadal możliwa dzięki równie amoralnej i tchórzliwej postawie całego środowiska uczelnianego. Problem ten tyczący właściwie wszystkich innych środowisk omówię szeroko w końcowym rozdziale niniejszej pracy.

Reklamy