cz.4 – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie

Stanisław Gniadek – OSKARŻAM AKADEMIĘ EKONOMICZNĄ w Krakowie -cz.4

Szczegółowy opis przesłuchań świadków.

Rektor AE prof. dr hab. Jerzy Altkorn.

Istnieje starożytna zasada, że „o zmarłych nie mówi się źle”. Maksyma ta słuszną jest w odniesieniu do różnych prostych ludzi: broili za życia, pomarli i Bóg z nimi. Inaczej jest w odniesieniu do person którzy zaważyli i to znacząco dolegliwie, a czasem przestępczo na losach swoich bliźnich. I tak np. nie zauważyłem, aby po śmierci niejakiego Hitlera i jego zauszników, czy też Stalina, Berii itp., ktokolwiek dobrze o nich mówił. Odwrócenie tej zasady winno być przestrogą dla wszystkich tych, którzy wdrapują się na tzw. piedestały władzy. Muszą oni wiedzieć, że ich zgon nie będzie stanowić okoliczności łagodzącej w ocenie przez potomnych.

Prof. Altkorna znałem głównie ze wspólnych wycieczek narciarskich organizowanych przez AE w stanie wojennym. Był to sympatyczny starszy Pan, radzący sobie nieźle na stokach Kotelnicy, lubiący sobie ucinać pogawędki z nieco młodszym kolegą socjologiem. Wiedziałem, że pochodził z kresów wschodnich i doznał od towarzyszy tego i owego, co czyniło go bardzo ostrożnym nawet w prywatnych rozmowach przy herbacie.

Rozpoczęcie swojej kadencji rektorskiej zaczął od skwapliwej rejestracji /osobistej/ wszystkich spóźniających się uczonych do pracy. Widok rektora z notatnikiem w ręce przy wejściu na schody wiodące do pokojów uczelni i odnotowującego, ile minut się kto spóźnił, był dla mnie źródłem nieustannej radości. Był to pierwszy sygnał dla mnie, że w AE to nie jest on już narciarzem ze stoku Gubałówki. Dalsze wypadki umocniły mnie w tym przekonaniu.

Jego panowanie przypadło na szczytowy okres mojego konfliktu z Dyoniziakiem. Nie sposób powiedzieć, stanął on natychmiast po jego stronie. Wprost przeciwnie. W związku z tym udzielił mi pewnej zdumiewającej porady, mogącej w jego mniemaniu pomóc mi odnieść zwycięstwo z szefem.

Drogi Czytelniku, to co teraz napiszę wyda ci się rzeczą absolutnie nieprawdziwą i wręcz urojoną. ale klnę się na wszystko, to jest szczera prawda. Otóż Pan Rektor AE, prof. itd., widząc niemożność rozwiązania problemu Dyoniziaka, który również dla rektora stawał się uciążliwy, postanowił go radykalnie rozwiązać. Poradził mi mianowicie, abym udał się za Dyoniziakiem do ubikacji, po czym nagle z niej wybiegł na korytarz zwykle zapełniony studentami krzycząc, że Dyoniziak usiłował mnie zgwałcić. To oczywiście wywoła ogromny skandal i w ten sposób AE pozbędzie się Dyoniziaka.

Z pewnych względów nie byłem entuzjastą tego rektorskiego pomysłu, czym zmartwiłem swego rektora… Odpłacił mi się z nawiązką. Jak wyjaśniła mi podczas przesłuchania w IPN p. prof. Cz. Żuławska i J. Torgalski, to właśnie on wydał jej polecenie przygotować od strony prawnej, a właściwie bezprawnej, wylanie mnie z AE, jak się wydaje w trosce o swój bezpartyjny fotel rektora. Mówią, że rudzi to ludzie fałszywi. O ile na drodze głębokiej intelektualnej refleksji poradziłem sobie z problemem fałszywości moich trzech kotów, to problem ludzi rudych i ich skłonności do fałszu nadal jest dla mnie jednym z poważniejszych zagadnień. Altkorn był rudy jak lisia skórka latem…

Nie byłem na uroczystościach pogrzebowych J. Altkoma na Wawelu.

Portret mojego szefa byłby jednak niepełny, gdybym nie wspomniał o ponurym incydencie związanym z księdzem, a być może za niedługo świętym, Jerzym Popiełuszką, w którym jakże podłą rolę odegrał Dyoniziak.

Księdza Jerzego poznałem podczas bytności na Jasnej Górze, na tajnych spotkaniach naszego Towarzystwa Przemysłowego z hierarchami kościoła katolickiego. Tam poznałem podstawy społecznej doktryny katolickiej oraz kilku biskupów, wykładowców owej doktryny. Była to dla mnie sprawa zupełnie nowa i jako odtrutkę na panującą doktrynę przekazywałem ją swoim studentom w AE. Tam dokonałem prywatnego odkrycia, że kolejne Encykliki Jana Pawła H, zdumiewająco przylegają do moich koncepcji ładu moralnego, mającego wiele wspólnego z doktryną socjalistyczną. Tam, w rozmowach ze zgromadzoną elitą intelektualną „Solidarności” ugruntowałem w sobie przekonanie, że tzw. współcześni polscy komuniści, nie mają nic wspólnego z doktryną komunistyczną Marksa. Że z równym zapałem byliby członkami NSDAP, czy czcicielami Słońca czy księżyca, byleby to zapewniało im władzę, pieniądze, tytuły i stanowiska. Tego rodzaju dość powszechna mentalność rodaków powodowała, że liczba volksdojczów w okresie okupacji wynosiła ok 3 miliony członków. Historia się powtórzyła. Po wojnie PZPR liczyła ponad dwa miliony członków. Niezbyt dobrze jest znana liczba członków ewidentnie przestępczej organizacji SB, ale z fragmentarycznych opracowań wynika, że było ich kilkaset tysięcy.

Zdziczenie moralne i poczucie bezkarności powodowało, że np. dyr. IEP w AE niejaki prof. dr hab. Stanisław Lis, publicznie się przechwalał, że jest majorem SB, terroryzując w ten sposób wszelkich ewentualnych przeciwników w AE oraz budząc entuzjazm i zazdrość u innych.

Moje spotkania z ks. Jerzym podczas obrad w sali Bursztynowej dotyczyły Jego działalności misyjnej, jaką uprawiał wśród swoich podopiecznych, gdyż był Kapelanem w Hucie Warszawa. To Jego praca sprawiła, że ta zbiorowość, w gruncie rzeczy pogan, stawała się członkami Kościoła Katolickiego. Jego praca z wiernymi, kazania głoszone do wiernych, w konsekwencji doprowadziły do Jego męczeńskiej śmierci z rąk SB. Ponieważ nosiłem po Nim krepę w klapie swojej dżinsowej bluzki, podczas jednego z nielicznych zebrań Zakładu Dyoniziak zapytał mnie po kim noszę żałobę. Odpowiedziałem, że po Popiełuszce. Na to Dyoniziak zapytał, dlaczego nie nosiłem żałoby po Edwardzie Barszczu, jednym z nielicznych przyzwoitych działaczy partyjnych, który popełnił samobójstwo strzelając sobie w łeb z dubeltówki. Ponieważ nie odpowiadałem na to kretyńskie pytanie, choćby z tego powodu, że nie znałem Barszcza, Dyoniziak w obecności wszystkich pracowników, w tym trzech kobiet powiedział: „Ty nie nosisz żałoby po jakimś Popiełuszce, tylko po własnym ch… „. W tym momencie wyszedłem z Zakładu, mówiąc Dyoniziakowi, że od dziś on dla mnie nie istnieje jako kierownik, znajomy i socjolog. Istotnie przez okres dwu lat, do odejścia z pracy, nie odzywałem się słowem do niego. Wykorzystał ten fakt Kałkowski podczas posiedzenia Komisji Dyscyplinarnej pytając mnie, dlaczego przez długi czas nie rozmawiałem ze swoim przełożonym. Powiedziałem, że poszło o pamięć Popiełuszki, którą usiłował zbezcześcić Dyoniziak, a którego ze względu na obecność dwóch kobiet /protokolantki i Żuławskiej/, nie sposób mi zacytować dosłownie. Kałkowski skomentował moją wypowiedź, że ja nawet na pamięci Popiełuszki zbijam kapitał polityczny. Wobec takiego ostentacyjnego chamstwa zaprzestałem w ogóle zeznawać, gdyż wiedziałem, że wyrok zapadł na długo przed „rozprawą” i w zupełnie innym miejscu. Że tak istotnie było, po latach potwierdziła to na przesłuchaniu w IPN prof. Cz. Żuławska.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: